|
Współwinny
widz
W świetle powyższych myśli, ekumeniczne, międzyreligijne i światopoglądowe dialogi Mertona jawią się jako droga prowadząca do lepszego poznania owego "nieznanego" Chrystusa. Tą swoją praktyką a także teologią dialogu, trapista
z Gethsemani Co więcej, od zaakceptowania innych uzależniał własną samorealizację: im bardziej mogę podkreślić istnienie innych, powiedzieć "tak" w głębi samego siebie, odkrywając ich w sobie i siebie w nich, tym większą rzeczywistość osiągam ja sam. Jestem w pełni rzeczywisty, gdy moje serce powiada tak każdemu. Będę lepszym katolikiem nie odrzucając każdego odcienia protestantyzmu, ale podkreślając tę prawdę, która tkwi w nim, i idąc jeszcze dalej. Podobnie z muzułmanami, hindusami, buddystami itd. Następnie tłumaczy: To wcale nie jest równoznaczne z
synkretyzmem, indyferentyzmem, ze spłowiałą i bezmyślną przyjaźnią, która
akceptuje wszystko, nie myśląc o niczym. Jest sporo rzeczy, których nie
możemy "potwierdzić" czy "zaakceptować", ale przede
wszystkim należy powiedzieć "tak" tam, gdzie Samoświadomość Mertona wobec świata, kształtowana w okresie pisania Zapisków wspólwinnego widza, streszcza się w przedstawionych powyżej trzech odsłonach: "wspólnotowości", "służebności" i "otwartości", które w jego przypadku czasem przybierają wyraz bardzo wysublimowany. Pozostaje jeszcze ta głębsza świadomość - ad intra, która stanowi jeszcze bardziej ekscytujący przedmiot jego życiowych poszukiwań. Ostateczna perspektywa tych poszukiwań zostaje nakreślona
przez prawdę o człowieku, zawartą w Bożym objawieniu. Kościół przypomniał
tę prawdę współczesnemu światu w soborowej Konstytucji Gaudium et spes.
Godność człowieka, w której nie dorównuje mu żadne inne stworzenie, zasadza
się na tym, że został on stworzony na obraz Boga. Grzech pomniejszył człowieka
i odwrócił go od osiągnięcia własnej pełni. Chrystus - Nowy Człowiek -
wybawia go z tej upadłej sytuacji, w pełni objawia człowiekowi prawdę
o nim samym i otwiera przed nim drogę prowadzącą do osiągnięcia właściwego
mu celu - usynowienia przez Boga. Merton w 1961 roku wydaje książkę "Nowy człowiek". Jej treść jakby zapowiada to, co później wyłożone będzie w soborowej antropologii. Historię człowieka: stworzonego na obraz Boży, upadłego i odnowionego w Chrystusie, analizuje Merton w aspekcie dramatu tożsamości. Przez grzech człowiek opuścił wewnętrzne centrum samego siebie, wynurzył się na zewnątrz i postawił własne "ja" pomiędzy sobą i Bogiem. Następnie przebudował w swoim umyśle cały świat na własny obraz i podobieństwo. Sytuacja ta jest tylko iluzją, którą egoistyczne "ja" desperacko stara się utrzymać. Stąd znajduje się w nieustannej walce przynaglane do niej przez własną pychę. Z pomocą wychodzi Bóg uzdalniając człowieka do odbycia drogi powrotu, do odkrycia i zaktualizowania najgłębszego i najprawdziwszego "ja". Powrót dokonuje się przez oddalenie od rzeczy zewnętrznych, wejście w centrum siebie, a więc odzyskanie prawdziwego "ja", i dopiero wtedy możliwe staje się odnalezienie Boga i innych ludzi. Ostateczną podstawą tożsamości człowieka, centrum najgłębszego "ja", jest sam Bóg w nim obecny i "doświadczany" przez kontemplację.
Ślady W Zapiskach współwinnego widza czytamy: Wszyscy jesteśmy
gotowi wierzyć, że to "ja", które stworzyliśmy drogą naszych
nieautentycznych usiłowań, aby zaistnieć rzeczywiście w oczach innych
ludzi, jest naszym "prawdziwym ja". Bierzemy je nawet za naszą
tożsamość. Wierność w stosunku do takiej nietożsamości stanowi - rzecz
jasna - niewierność wobec naszej realnej osoby, która znajduje się ukryta
w tajemnicy. Czy znajdzie się ktoś, kto ma dość wiary i szacunku dla samego
siebie, aby zająć się tą tajemnicą, aby zacząć akceptować siebie samego
jako Pierwszym, który chciał tego dokonać, był oczywiście sam autor tego pytania. Zdawał sobie sprawę, że tego rodzaju przedsięwzięcie należy do arcytrudnych. Pozbycie się swojego iluzorycznego, powierzchniowego "ja" może bowiem przybrać formę fałszywego samozatracenia dokonywanego właśnie przez to "ja", które należało rozbić. Merton pisze: wykalkulowane "zatracenie" samo wymyśla sobie kolejne dziedziny do zniszczenia. W tym czasie "ja" spokojnie stoi obok, obserwuje z zadufaniem przebieg całej operacji i, w gruncie rzeczy nią kierując, skutkiem czego wszystko pozostaje bez zmian. To najpewniejsza metoda do uniknięcia zatracenia. Taka "pokora" staje się ostatnim schronieniem, w którym "ja" pozostaje nietknięte. Gdzie indziej, mówiąc o religiach, rozróżni, że
istnieją takie, które biorą początek z człowieka, i będąc jego życzeniem
w stosunku do świata i siebie krańcowy punkt znajdują nie w Bogu, lecz
w człowieku. Są to karykaturalne formy religii, tworzone przez egoistyczne
"ja". Prawdziwa natomiast religia powstaje w człowieku dzięki
Bogu, rodzi się wskutek zniszczenia trywialnego "ja" i wszystkich
planów tego "ja", nawet jeśli będą to plany najbardziej wzniosłe
i czyste.
|
|||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||