strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Współwinny widz

fot. Stanisław Duchowski
 
W Zapiskach współwinnego widza czytamy: "Św. Benedykt wcale nie powiedział, że mnich nie powinien nigdy wychodzić, nigdy nie dostawać listów, nigdy z nikim nie rozmawiać, nigdy nie słuchać żadnych wiadomości. Chodziło mu o to, żeby mnich umiał rozróżniać pomiędzy tym, co jest bezużyteczne i szkodliwe, a tym co jest pożyteczne i zbawienne, a we wszystkich rzeczach sławił imię Boga.
Wszystkich należy kochać miłością kompletnie wyzutą z formalnie religijnych założeń, jako współbraci, którzy poszukują prawdy i wolności tak samo, jak my. Miłość taka może stanowić dla nas możliwość lepszego poznania Chrystusa poprzez wejście w misterium ukrytego spotkania, które wyciska piętno na życiu innych w sposób, którego ani oni, ani my nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

W świetle powyższych myśli, ekumeniczne, międzyreligijne i światopoglądowe dialogi Mertona jawią się jako droga prowadząca do lepszego poznania owego "nieznanego" Chrystusa.

Tą swoją praktyką a także teologią dialogu, trapista z Gethsemani

wnosił swój wkład do ogólnej dyskusji


inspirowanej soborową reformą Kościoła, zwracającego się ku współczesnemu światu, ku innym chrześcijańskim wyznaniom, a także ku religiom niechrześcijańskim. Przy czym sprawę pojmował bardzo osobiście: jeśli nie posiadam jedności w sobie, jakżeż mogę myśleć lub, co więcej, rozprawiać na temat jedności między chrześcijanami.

Co więcej, od zaakceptowania innych uzależniał własną samorealizację: im bardziej mogę podkreślić istnienie innych, powiedzieć "tak" w głębi samego siebie, odkrywając ich w sobie i siebie w nich, tym większą rzeczywistość osiągam ja sam. Jestem w pełni rzeczywisty, gdy moje serce powiada tak każdemu. Będę lepszym katolikiem nie odrzucając każdego odcienia protestantyzmu, ale podkreślając tę prawdę, która tkwi w nim, i idąc jeszcze dalej. Podobnie z muzułmanami, hindusami, buddystami itd.

Następnie tłumaczy: To wcale nie jest równoznaczne z synkretyzmem, indyferentyzmem, ze spłowiałą i bezmyślną przyjaźnią, która akceptuje wszystko, nie myśląc o niczym. Jest sporo rzeczy, których nie możemy "potwierdzić" czy "zaakceptować", ale przede wszystkim należy powiedzieć "tak" tam, gdzie

to jest możliwe


W Zapiskach współwinnego widza czytamy: "Św. Benedykt wcale nie powiedział, że mnich nie powinien nigdy wychodzić, nigdy nie dostawać listów, nigdy z nikim nie rozmawiać, nigdy nie słuchać żadnych wiadomości. Chodziło mu o to, żeby mnich umiał rozróżniać pomiędzy tym, co jest bezużyteczne i szkodliwe, a tym co jest pożyteczne i zbawienne, a we wszystkich rzeczach sławił imię Boga.

Samoświadomość Mertona wobec świata, kształtowana w okresie pisania Zapisków wspólwinnego widza, streszcza się w przedstawionych powyżej trzech odsłonach: "wspólnotowości", "służebności" i "otwartości", które w jego przypadku czasem przybierają wyraz bardzo wysublimowany. Pozostaje jeszcze ta głębsza świadomość - ad intra, która stanowi jeszcze bardziej ekscytujący przedmiot jego życiowych poszukiwań.

Ostateczna perspektywa tych poszukiwań zostaje nakreślona przez prawdę o człowieku, zawartą w Bożym objawieniu. Kościół przypomniał tę prawdę współczesnemu światu w soborowej Konstytucji Gaudium et spes. Godność człowieka, w której nie dorównuje mu żadne inne stworzenie, zasadza się na tym, że został on stworzony na obraz Boga. Grzech pomniejszył człowieka i odwrócił go od osiągnięcia własnej pełni. Chrystus - Nowy Człowiek - wybawia go z tej upadłej sytuacji, w pełni objawia człowiekowi prawdę o nim samym i otwiera przed nim drogę prowadzącą do osiągnięcia właściwego mu celu - usynowienia przez Boga.

Nowy człowiek

Merton w 1961 roku wydaje książkę "Nowy człowiek". Jej treść jakby zapowiada to, co później wyłożone będzie w soborowej antropologii. Historię człowieka: stworzonego na obraz Boży, upadłego i odnowionego w Chrystusie, analizuje Merton w aspekcie dramatu tożsamości.

Przez grzech człowiek opuścił wewnętrzne centrum samego siebie, wynurzył się na zewnątrz i postawił własne "ja" pomiędzy sobą i Bogiem. Następnie przebudował w swoim umyśle cały świat na własny obraz i podobieństwo. Sytuacja ta jest tylko iluzją, którą egoistyczne "ja" desperacko stara się utrzymać. Stąd znajduje się w nieustannej walce przynaglane do niej przez własną pychę. Z pomocą wychodzi Bóg uzdalniając człowieka do odbycia drogi powrotu, do odkrycia i zaktualizowania najgłębszego i najprawdziwszego "ja". Powrót dokonuje się przez oddalenie od rzeczy zewnętrznych, wejście w centrum siebie, a więc odzyskanie prawdziwego "ja", i dopiero wtedy możliwe staje się odnalezienie Boga i innych ludzi. Ostateczną podstawą tożsamości człowieka, centrum najgłębszego "ja", jest sam Bóg w nim obecny i "doświadczany" przez kontemplację.

fot. Andrzej Hutniczak
Mnich powinien widzieć Chrystusa w każdym, kto przychodzi ze świata, zwłaszcza jeśli jest to człek ubogi. Taki jest duch i litera Zakonu.

Ślady

tej teoretycznie nakreślonej drogi znajdujemy w innych, już bardziej osobistych tekstach Mertona z tego okresu. Dramat tożsamości (poszukiwanie prawdziwego "ja") przeżywa przecież on sam jako główną batalię swego życia, przy czym - jak zauważa - często lepiej widzi siebie przez pryzmat swoich pytań, a nie odpowiedzi.

W Zapiskach współwinnego widza czytamy: Wszyscy jesteśmy gotowi wierzyć, że to "ja", które stworzyliśmy drogą naszych nieautentycznych usiłowań, aby zaistnieć rzeczywiście w oczach innych ludzi, jest naszym "prawdziwym ja". Bierzemy je nawet za naszą tożsamość. Wierność w stosunku do takiej nietożsamości stanowi - rzecz jasna - niewierność wobec naszej realnej osoby, która znajduje się ukryta w tajemnicy. Czy znajdzie się ktoś, kto ma dość wiary i szacunku dla samego siebie, aby zająć się tą tajemnicą, aby zacząć akceptować siebie samego jako

istotę nieznaną?

Pierwszym, który chciał tego dokonać, był oczywiście sam autor tego pytania. Zdawał sobie sprawę, że tego rodzaju przedsięwzięcie należy do arcytrudnych. Pozbycie się swojego iluzorycznego, powierzchniowego "ja" może bowiem przybrać formę fałszywego samozatracenia dokonywanego właśnie przez to "ja", które należało rozbić. Merton pisze: wykalkulowane "zatracenie" samo wymyśla sobie kolejne dziedziny do zniszczenia. W tym czasie "ja" spokojnie stoi obok, obserwuje z zadufaniem przebieg całej operacji i, w gruncie rzeczy nią kierując, skutkiem czego wszystko pozostaje bez zmian. To najpewniejsza metoda do uniknięcia zatracenia. Taka "pokora" staje się ostatnim schronieniem, w którym "ja" pozostaje nietknięte.

Gdzie indziej, mówiąc o religiach, rozróżni, że istnieją takie, które biorą początek z człowieka, i będąc jego życzeniem w stosunku do świata i siebie krańcowy punkt znajdują nie w Bogu, lecz w człowieku. Są to karykaturalne formy religii, tworzone przez egoistyczne "ja". Prawdziwa natomiast religia powstaje w człowieku dzięki Bogu, rodzi się wskutek zniszczenia trywialnego "ja" i wszystkich planów tego "ja", nawet jeśli będą to plany najbardziej wzniosłe i czyste.


1 2 3 4 5 6 7

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl