|
Współwinny
widz
Jeszcze raz korzystając z obrazu proroka Jonasza możemy alegorycznie powiedzieć, że na rogu ulic Fourth i Walnut, w Louisville, w centrum dzielnicy sklepowej, znajdował się ten brzeg świata, na który wyrzucił Mertona wieloryb realizmu. W Zapiskach... czytamy dalej: Ani sens, ani wartość mojej samotności jednak nie ulegają zmianie, albowiem prawdziwym zadaniem samotności jest umożliwiać zdobycie świadomości tych spraw z przejrzystością widzenia jaka jest niedostępna dla kogokolwiek pochłoniętego przez inny rodzaj trosk, inne złudzenia i wszelki automatyzm ciasnej kolektywnej egzystencji. Moja samotność jednakże nie jest moją własnością, widzę bowiem jak dalece należy ona do nich i że mam odpowiedzialność za nią w stosunku do nich, a nie tylko do samego siebie istnieją!
O uzdrowieniu W świecie bowiem pod powłoką błyskotliwości i zaśmiecenia, pośród tego całego kramu motoryzacji, wciąż istnieją ludzie, chorzy, w gorączkowym podnieceniu, pijani, szaleni, pogrążeni w melancholii, w udręce czy po prostu śmiertelnie znudzeni. To właśnie tych ludzi kocham - wyznaje "współwinny widz" - a nie role, jakie odgrywają w mieście, nie błyskotliwość biznesu i postępu. I zapyta: Czy nie możemy im dać czegoś więcej prócz klimatyzacji? Merton znajdzie odpowiedź w budowaniu duchowej wspólnoty, czego warunkiem jest zrozumienie siebie i innych. Całkowicie zaangażuje się w poszukiwanie tego zrozumienia, przez wnikliwą lekturę dzieł wielkich współczesnych i historycznych myślicieli, przez korespondowanie (często nawiązywane z własnej inicjatywy) z osobami, w których rozpoznawał duchowych przyjaciół, przez zapraszanie do siebie do klasztoru wielu różnych gości ze świata. Znamienny w tym względzie jest fragment listu do Miłosza
z 21 maja 1959 roku: Jeśli chodzi o solidarność z innymi, to nie angażuję
się w nic, z wyjątkiem solidarności bardzo prostego i elementarnego rodzaju,
która zapewne politycznie nie ma znaczenia, ale według mojego odczucia
jest jedyną, jaka w ogóle funkcjonuje. Mianowicie wyławianie ludzi, których
wyodrębniam z tłumu, pozdrawianie ich i radowanie się przez chwilę wraz
z nimi tym, że mówimy tym samym językiem. Obojętne czy są komunistami
czy kimkolwiek innym. Obojętne w co wierzą na powierzchni, obojętne do
jakich formuł Rok później, również w liście do Miłosza, Merton wyzna: Przyjaźń jest rzeczą pierwszą i najważniejszą, to prawdziwe spoiwo Kościoła budowanego przez Chrystusa. Jestem wystarczająco samotny, aby wysoko sobie cenić każdy prawdziwy kontakt. Zanim założy się fundamenty pod ową duchową wspólnotę,
ba wcześniej dokonać innego dzieła. Merton powie:
Dzieło burzenia fikcji rozpoznajemy jako centralne w
pisarskiej aktywności Mertona. To właśnie w nim wyraża się drugi, po "wspólnotowości",
rys samoświadomości ad extra myśliciela z Gethsemani - "służebność".
Aby prawidłowo rozumieć gorzką krytykę, którą w pełnieniu swej "posługi
myślenia", Merton światu nie skąpił, trzeba dobrze odczytać, jakiego
znaczenia w jego języku nabrało wówczas słowo "świat". On sam
wyjaśnia: Myślę, że kwestia "zwrócenia się do świata" jest w
istocie rzeczy kwestią zachowania cierpliwości w stosunku do niezbyt miłej
powierzchowności świata, po to, aby przedostać się do głębin dobroci,
jaka znajduje się pod spodem. W moim pojęciu jednak "świat"
stanowi właśnie odczłowieczoną powierzchnię. To co znajduje się pod powierzchnią,
często zduszone i poddane zniszczeniu jest czymś więcej niż tylko "światem":
to jest duch Boży i podobieństwo Boże w ludziach. Moja uwaga koncentruje
się szczególnie na takich aspektach jak blaga, nierzeczywistość, alienacja,
wymuszona systematyzacja życia, a nie na rzeczywistości człowieczej, która
podlega alienacji i Ta odczłowieczoną powierzchnia infekowała życie
poza klasztorem, ale i w klasztorze. Dobrze zrozumiał już Merton, że opactwo
jest przecież miejscem na ziemi, podlega więc prawu "świata".
Stąd ostrze swej krytyki skieruje ku rzeczywistości znajdującej się z
jednej i z drugiej strony klasztornego muru.
|
|||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||