|
Współwinny
widz
 |
 |
| |
| Jest
sprawą rzeczywiście najwyższej wagi, abym dotarł głębiej, do
sedna istotnych problemów. Myślę o tych naprawdę istotnych. |
|
Polski, świecki audytor Vaticanum Secundum, prof. Stefan
Świeżawski, wypracowaną na Soborze samoświadomość Kościoła ad extra ujmie
w trzech zasadniczych przymiotach: wspólnotowość, służebność i otwartość.
Samoświadomość Mertona we współczesnym świecie można przedstawić według
tego właśnie schematu.
I tak, jeśli chodzi o "wspólnotowość", słynne
pierwsze zdanie soborowej Konstytucji Gaudium et spes, podkreślające ścisłą
łączność Kościoła z rodziną narodów, równie dobrze można odnieść do ówczesnej
relacji Mertona ze światem: "Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi
współczesnych, zwłaszcza ubogich i cierpiących, są też radością i nadzieją,
smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych, i nie ma nic prawdziwie ludzkiego,
co nie miałoby oddźwięku w ich sercu". Faktycznie w sercu samotnika
z Gethsemani znalazły oddźwięk wszystkie problemy współczesnego świata.
Merton odnalazł swoją łączność z rodzajem ludzkim i jego historią. Wiem,
że muszę zachować przy życiu w sobie to wszystko, co kiedyś znałem i w
czym wyrosłem - postanowi, wspominając swoje dzieciństwo i młodość, przez
które głęboko wrósł w
dziedzictwo cywilizacji europejskiej
Łączności tej, choć najwyraźniej stanowi ona związek
z kulturą przeżywającą kryzys, nie wolno utracić, bo właśnie w ten quasi-sakramentalny
sposób, za pomocą tego surowca kulturalnego w tajemniczej formie chrześcijańskiej,
Pan Bóg pracuje nad nami w naszym życiu, jesteśmy bowiem tworami historii
i tradycja posiada dla nas fundamentalne znaczenie.
Rehabilitując w swojej świadomości wspólnotowość szczęśliwie
udało się jednak Mertonowi ominąć pułapkę, która z kolei poniżaniem jednostki
tak mocno zaciążyła na kondycji współczesnego człowieka. Będzie podkreślał,
że wartość każdego indywiduum leży w tym, co jest najbardziej jego własne,
najbardziej osobiste i zarazem najbardziej ludzkie. Przy tym paradoksalnie
wewnętrzną jedność osiąga człowiek przez jednanie się z innymi. W Zapiskach...
czytamy: Ten, kto popada w obsesję na temat własnej jedności, grzeszy
nie dostrzegając braku jedności z Bogiem i innymi ludźmi. To właśnie w
jedności z innymi nasza własna jedność daje się ustabilizować w sposób
łatwy i naturalny. Troszczyć się o uzyskanie jedności wewnętrznej najpierw,
a potem dopiero zająć się kochaniem innych, znaczy postępować w myśl logiki
rozprężenia, która jest przeciwna życiu.. Prawdziwa samotność ma głęboką
świadomość potrzeb świata. I nie trzyma na siłę świata z dala od siebie,
nasza samotność należy
do świata i do Boga
Trzeba do tego dodać jeszcze dwie urzekające rady Mertona:
Strzeż się pokusy odmawiania miłości lub też odrzucania miłości dla rzekomo
"duchowych powodów". Zważ straszliwą bezpłodność tych, którzy
twierdząc, że kochają Boga, w rzeczywistości zwolnili siebie z obowiązku
kochania kogokolwiek i zastygli, skarłowacieli w ciasnym kręgu abstrakcyjnych
błahych spraw, dotyczących ich samych i kilku innych, podobnie jak oni
bezpłodnych!
 |
 |
| Jestem wystarczająco
samotny, aby wysoko sobie cenić każdy prawdziwy kontakt. |
|
 |
I drugi fragment: Zamiast kultywować [...] aurę rozpylonej
życzliwości, powinieneś z drżeniem serca, głęboko i szczerze przejąć się
losem tych niewielu osób, które Bóg powierzył twojej opiece - są to członkowie
rodziny, twoi studenci, twoi pracownicy, twoi parafianie. To przejęcie
się znaczy zaangażowanie, rozterkę i jest zasadniczo pilną sprawą. Nie
wolno ci uniknąć tego, nawet jeśli często będzie powodem "wewnętrznego
zaniepokojenia". Jest rzeczą słuszną i dobrą, aby twój pokój wewnętrzny
był zakłócony w ten sposób, abyś zmuszony był cierpieć i dźwigać niewielki
ciężar tych trosk, których zazwyczaj nie da się opowiedzieć nikomu.
W klimat niniejszych wypowiedzi łatwo przychodzi
nam wpisać wydarzenie, które przeżył Merton w Louisville 18 marca 1958
roku. Był to bardzo ważny dzień, przynoszący trwałą zmianę w jego świadomości.
Na rogu ulic Fourth i Walnut, w centrum dzielnicy sklepowej, samotnik
z Gethsemani olśniewająco zrozumiał, jak bliscy są mu ludzie żyjący w
świecie. Warto przytoczyć fragmenty z Zapisków... opowiadające o tym doświadczeniu.
To było coś
w rodzaju przebudzenia ze snu o odrębności, fałszywej autoizolacji w specyficznym
świecie, w świecie wyrzeczenia się rzekomej świętości. Ta cała ułuda odrębnej
egzystencji w świętości jest sennym marzeniem. Nie żebym kwestionował
realność mego powołania czy mojego monastycznego trybu życia: ale koncepcja
"separacji od świata", jaka obowiązuje w klasztorze, bardzo
łatwo da się przedstawić jako zupełna ułuda: ułuda, że złożywszy śluby
stajemy się innym rodzajem istot, pseudoaniołami, "ludźmi ducha",
ludźmi życia wewnętrznego, czy jak tam [...] Uczucie wyzwolenia spod presji
iluzorycznych różnic przyniosło taką ulgę i taką obudziło radość we mnie,
że o mały włos nie wybuchnąłem śmiechem. Przypuszczam, że można by przetłumaczyć
moją radość mniej więcej tak "Bogu dzięki, Bogu dzięki, że jestem
jak inni ludzie, że jestem tylko człowiekiem między innymi ludźmi*. Pomyśleć
tylko że przez szesnaście czy siedemnaście lat brałem na serio to złudzenie
implicite zawarte w tak szerokich obszarach monastycznego myślenia [...]
Człowiek rodzaju ludzkiego, że takie zwyczajne odkrycie może nagle zaskoczyć.
 |
|
 |
|