strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Współwinny widz

Kontynuując refleksję nad tytułem książkowego dialogu Mertona ze światem z lat 1956-1965, dochodzimy do kolejnych odkryć w odniesieniu do interesującego nas problemu poszukiwania tożsamości trapisty z Kentucky.

Autor Zapisków...

nazywa siebie "widzem". Jest świadomy, że w stosunku do spraw świata, nad którymi roztacza refleksję, zachowuje określony dystans. Patrzy z zewnątrz jako obserwator. Ta odległość, notabene korzystnie wpływająca na efekt poznawania, bierze się stąd, iż swoje rozważania snuje Merton w odosobnionej i kontemplacyjnej atmosferze klasztoru. Jest przecież mnichem -człowiekiem monastycznie zorientowanym.

Klasztor różni się od świata, ale jednocześnie jest środowiskiem otwartym na doświadczenia i wyzwania od świata pochodzące. Mając za sobą dwadzieścia cztery lata mniszego życia Merton napisze: Nie żywię złudzeń,

nie przestałem być częścią tego świata.

Przypomnijmy, że do przeświadczenia tego długo dorastał. Uznanie tego uczestnictwa będzie jednoznaczne z odpowiedzialnym przyjęciem na siebie winy ciążącej na obserwowanym przez Mertona świecie. O winie tej przekonany był już od młodości, i choć w autobiografii dotknie sprawy powiązań między złem, jakie jest w świecie, a swoim grzechem, to należy widzieć w tym raczej rodzaj samousprawiedliwienia, za którego parawanem po prostu wycofał się ze świata. Teraz, po latach prawdziwie nazwie siebie "widzem współwinnym".
W maju 1959 roku w liście do Miłosza wyjaśni, że już słowo "bystander" (widz) w angielskiej wykładni w szczególny sposób wskazuje na kogoś, kto w chwili dokonywania zbrodni stoi obok. Przypinanie sobie tak drastycznie rozumianej etykiety podyktowane było faktem, iż dla Mertona problem winy ciążącej na świecie i ludzkości, której dzieje od wieków związane były z otchłanią okropności, należał do najistotniejszych i najtrudniejszych. Jedyną odpowiedź na pytanie "Kto tu jest winien?" odnajdywał w ustach starca Zosimy z Braci Karamazow. W jego porządku etycznym winien jest każdy. Każdy bierze na siebie całą odpowiedzialność.

W listopadzie 1960 roku autor Zapisków... napisze o sobie: Na pewno nie wstąpiłem do klasztoru po to, żeby się czuć odseparowanym od grzechu, ale po to, by nieść wszystkie grzechy wraz z moimi, i - jak mówi Zosima Dostojewskiego - być odpowiedzialnym

przed każdym za wszystko

Zdanie to odczytać należy jako postulat świadomości ukształtowanej po latach życia w klasztorze. W chwili wstępowania do Gethsemani na pewno nie przyświecała Mertonowi taka właśnie idea. Znak Jonasza jest wyraźnym świadectwem, że przez długi czas nie mógł się wyzwolić od pokusy angelicznej ucieczki w niewinność, upartego dążenia do samotności wypełnionej wygodnym obcowaniem nie z ludźmi, ale z rzeczami, które istniejąc poza polem moralności, rozpoznawał jako "niewinne".

Teraz przez zaangażowanie w problemy świata postanowił dać konkretny dowód swojej odpowiedzialności. W korespondencji Mertona z Miłoszem czytamy: To są właśnie sprawy, o których musimy myśleć, pisać i coś z nimi zrobić, w przeciwnym razie nie będziemy pisarzami, tylko niewinnymi świadkami i dalej: powinniśmy pokornie i odważnie mówić to, co mamy do powiedzenia, jasno, z mocą, z naciskiem [...] A to oczywiście oznacza, że my także nie będziemy czyści.

Tytuł, jaki nadal Merton swojemu dialogowi prowadzonemu ze światem, w perspektywie przedstawionego powyżej znaczeniowego zaplecza, uznać trzeba za niezwykle wymowny.

Przyjaźń jest rzeczą pierwszą i najważniejszą, to prawdziwe spoiwo Kościoła budowanego przez Chrystusa.

Wprowadzając w materiał zamieszczony w Zapiskach współwinnego widza Merton napisze: Wypracowując podobny obraz, z konieczności przekazuje się także coś z samego siebie, gdyż tylko poprzez samoświadomość człowieka w aktualnym świecie można poznać kim on jest naprawdę... Sądzę, że człowiek lepiej rysuje się nam przez pryzmat swoich pytań niż odpowiedzi.

Zapisków... nie należy traktować jako dowodu odstąpienia Mertona od wysiłku poznawania samego siebie, ale jako przesłankę zmiany sposobu prowadzenia tych poszukiwań.

Eksperymenty na własnym odizolowanym "ja" dokonywane na kartach Znaku Jonasza okazały się procederem chybionym i niebezpiecznym (wspomnijmy diagnozę dr. Zilboorga). To "samoświadomość we współczesnym świecie" oraz "stawianie pytań", składają się na właściwy pryzmat, przez który należy patrzyć na siebie. Tym właśnie pryzmatem posłużymy się, śledząc dramat tożsamości Mertona

na obecnym etapie


Kiedy Thomas Merton pojmował, że nie uda mu się zrozumieć siebie w oderwaniu od świata, podobny przełom dokonywał się w skali globu. Kościół sposobiąc się do postawienia pytania o własną tożsamość wiedział, że musi siebie odnaleźć we współczesnym świecie. Zbliżał się Sobór Watykański II. Jego dziejową odnowę Merton jakby antycypował, wprowadzając ducha soborowej odnowy do swych osobistych zmagań.

Ten istotny zwrot w jego poszukiwaniach własnej tożsamości polegał na wejściu na tory określania i urzeczywistniania siebie w dwu aspektach: "od wewnątrz" i "od zewnątrz". Przez długi czas ten drugi aspekt Merton w swoim życiu ewidentnie ignorował. Ową logikę dwu spojrzeń odnajdujemy również w nauce Soboru, który powie o Kościele używając rozróżnienia: ad intra i ad extra.

1 2 3 4 5 6 7

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl