|
Współwinny
widz
Kontynuując refleksję nad tytułem książkowego dialogu
Mertona ze światem z lat 1956-1965, dochodzimy do kolejnych odkryć w odniesieniu
do interesującego nas problemu poszukiwania tożsamości trapisty z Kentucky.
Autor Zapisków...
nazywa siebie "widzem". Jest świadomy, że w stosunku do spraw
świata, nad którymi roztacza refleksję, zachowuje określony dystans. Patrzy
z zewnątrz jako obserwator. Ta odległość, notabene korzystnie wpływająca
na efekt poznawania, bierze się stąd, iż swoje rozważania snuje Merton
w odosobnionej i kontemplacyjnej atmosferze klasztoru. Jest przecież mnichem
-człowiekiem monastycznie zorientowanym.
Klasztor różni się od świata, ale jednocześnie jest środowiskiem otwartym
na doświadczenia i wyzwania od świata pochodzące. Mając za sobą dwadzieścia
cztery lata mniszego życia Merton napisze: Nie żywię złudzeń,
nie przestałem być częścią tego świata.
Przypomnijmy, że do przeświadczenia tego długo dorastał.
Uznanie tego uczestnictwa będzie jednoznaczne z odpowiedzialnym przyjęciem
na siebie winy ciążącej na obserwowanym przez Mertona świecie. O winie
tej przekonany był już od młodości, i choć w autobiografii dotknie sprawy
powiązań między złem, jakie jest w świecie, a swoim grzechem, to należy
widzieć w tym raczej rodzaj samousprawiedliwienia, za którego parawanem
po prostu wycofał się ze świata. Teraz, po latach prawdziwie nazwie siebie
"widzem współwinnym".
W maju 1959 roku w liście do Miłosza wyjaśni, że już słowo "bystander"
(widz) w angielskiej wykładni w szczególny sposób wskazuje na kogoś, kto
w chwili dokonywania zbrodni stoi obok. Przypinanie sobie tak drastycznie
rozumianej etykiety podyktowane było faktem, iż dla Mertona problem winy
ciążącej na świecie i ludzkości, której dzieje od wieków związane były
z otchłanią okropności, należał do najistotniejszych i najtrudniejszych.
Jedyną odpowiedź na pytanie "Kto tu jest winien?" odnajdywał
w ustach starca Zosimy z Braci Karamazow. W jego porządku etycznym winien
jest każdy. Każdy bierze na siebie całą odpowiedzialność.
W listopadzie 1960 roku autor Zapisków... napisze o sobie: Na pewno nie
wstąpiłem do klasztoru po to, żeby się czuć odseparowanym od grzechu,
ale po to, by nieść wszystkie grzechy wraz z moimi, i - jak mówi Zosima
Dostojewskiego - być odpowiedzialnym
przed każdym za wszystko
Zdanie to odczytać należy jako postulat świadomości
ukształtowanej po latach życia w klasztorze. W chwili wstępowania do Gethsemani
na pewno nie przyświecała Mertonowi taka właśnie idea. Znak Jonasza jest
wyraźnym świadectwem, że przez długi czas nie mógł się wyzwolić od pokusy
angelicznej ucieczki w niewinność, upartego dążenia do samotności wypełnionej
wygodnym obcowaniem nie z ludźmi, ale z rzeczami, które istniejąc poza
polem moralności, rozpoznawał jako "niewinne".
Teraz przez zaangażowanie w problemy świata postanowił
dać konkretny dowód swojej odpowiedzialności. W korespondencji Mertona
z Miłoszem czytamy: To są właśnie sprawy, o których musimy myśleć, pisać
i coś z nimi zrobić, w przeciwnym razie nie będziemy pisarzami, tylko
niewinnymi świadkami i dalej: powinniśmy pokornie i odważnie mówić to,
co mamy do powiedzenia, jasno, z mocą, z naciskiem [...] A to oczywiście
oznacza, że my także nie będziemy czyści.
Tytuł, jaki nadal Merton swojemu dialogowi prowadzonemu
ze światem, w perspektywie przedstawionego powyżej znaczeniowego zaplecza,
uznać trzeba za niezwykle wymowny.
 |
 |
| Przyjaźń jest
rzeczą pierwszą i najważniejszą, to prawdziwe spoiwo Kościoła
budowanego przez Chrystusa. |
|
 |
Wprowadzając w materiał zamieszczony w Zapiskach współwinnego
widza Merton napisze: Wypracowując podobny obraz, z konieczności przekazuje
się także coś z samego siebie, gdyż tylko poprzez samoświadomość człowieka
w aktualnym świecie można poznać kim on jest naprawdę... Sądzę, że człowiek
lepiej rysuje się nam przez pryzmat swoich pytań niż odpowiedzi.
Zapisków... nie należy traktować jako dowodu odstąpienia Mertona od wysiłku
poznawania samego siebie, ale jako przesłankę zmiany sposobu prowadzenia
tych poszukiwań.
Eksperymenty na własnym odizolowanym "ja" dokonywane na kartach
Znaku Jonasza okazały się procederem chybionym i niebezpiecznym (wspomnijmy
diagnozę dr. Zilboorga). To "samoświadomość we współczesnym świecie"
oraz "stawianie pytań", składają się na właściwy pryzmat, przez
który należy patrzyć na siebie. Tym właśnie pryzmatem posłużymy się, śledząc
dramat tożsamości Mertona
na obecnym etapie
Kiedy Thomas Merton pojmował, że nie uda mu się zrozumieć siebie w oderwaniu
od świata, podobny przełom dokonywał się w skali globu. Kościół sposobiąc
się do postawienia pytania o własną tożsamość wiedział, że musi siebie
odnaleźć we współczesnym świecie. Zbliżał się Sobór Watykański II. Jego
dziejową odnowę Merton jakby antycypował, wprowadzając ducha soborowej
odnowy do swych osobistych zmagań.
Ten istotny zwrot w jego poszukiwaniach własnej tożsamości polegał na
wejściu na tory określania i urzeczywistniania siebie w dwu aspektach:
"od wewnątrz" i "od zewnątrz". Przez długi czas ten
drugi aspekt Merton w swoim życiu ewidentnie ignorował. Ową logikę dwu
spojrzeń odnajdujemy również w nauce Soboru, który powie o Kościele używając
rozróżnienia: ad intra i ad extra.
 |
|
 |
|