|
Droga ze świata
do klasztoru
Współwinny widz
By odczytać kolejny okres życia Mertona użyjemy sprawdzonego
już klucza: znów skierujemy uwagę na tytuł jego książki. Tym razem będzie
to nazwa, jaką opatrzył swoje pisarskie dzieło z lat 1956-1965. Po autobiografii
Siedmiopiętrowa góra i dzienniku Znak Jonasza, niejako kontynuując opowieść
o swoim życiu, publikuje Merton: Zapiski współwinnego widza. Tytuł tej
pozycji znów dużo powie nam o mnichu z Gethsemani i pomoże przejść drogę,
na którą on sam wszedł w drugiej połowie lat pięćdziesiątych.
 |
 |
| Jest taki optymizm,
który pomniejsza chrześcijaństwo i czyni je absurdalnym, pozbawia
je sensu. To głupi, małostkowy optymizm, który polega na tym,
że jest się bezpiecznym, ponieważ zna się właściwe odpowiedzi. |
|
 |
Po pierwsze "Zapiski współwinnego widza" to
już nie ów rodzaj bardzo osobistej deskrypcji wypracowywanej w Siedmiopiętrowej
górze, a w pełni rozwiniętej w Znaku Jonasza.
Jakkolwiek zapiski te, utrzymane w konwersacyjnym tonie,
mają osobisty charakter i odzwierciedlają moją własną wersję świata, to
jednak brak im akcentu intymności i introspekcji, z których powstaje diariusz
duszy. Żadnych prywatnych i poufnych zwierzeń tu nie będzie.
Tak przygotowuje czytelnika do lektury Zapisków sam
autor. Wycofał się tym samym z dokonywanych w Znaku Jonasza eksperymentów,
niebezpiecznie ocierających się o mesjanistyczny ekshibicjonizm. Odstąpił
od tego błędnego tropu.
Na Zapiski...
złożyły się refleksje, intuicje, obserwacje i sądy poczynione przez Mertona
na marginesie różnych lektur i wydarzeń. Można je określić jako swoisty
dialog, jaki trapista z Kentucky prowadził ze światem, przy czym w dialogu
tym ważniejsze są pytania niż odpowiedzi. Czasem chodzi bowiem o wyłonienie
pytania, odważne postawienie kwestii i powstrzymanie się od zbyt szybkiego
i uproszczonego rozwiązania. Merton napisze we wprowadzeniu: Hurtową i
spreparowaną odpowiedzią nie handluję i nic bardziej nie budzi mej podejrzliwości
niż twardy żywot oficjalnych i popularnych wypowiedzi oraz rozwiązań,
które pragną uchodzić za postępowe.
Dzięki tej auto-podejrzliwości, wstrzemięźliwości
i ostrożności w wyciąganiu wniosków, Zapiski... nabierają wartości dzieła
faktycznie nietuzinkowego i objawiają nowe, dojrzalsze i głębsze
oblicze Mertona
Aby z tego pierwszego słowa tytułu wydobyć jeszcze więcej treści,
warto sięgnąć do sformułowania nazwy książki w języku oryginalnym. Zapiski
współwinnego widza, sygnujące polskie wydanie z roku 1994, są przekładem
angielskiego Conjectures of a Guilty Bystander. Wyraz "conjectures"
przetłumaczono jako "zapiski", choć równie dobrze mógł być oddany
słowem "domysły" lub "przypuszczenia" '. Merton nie
pretenduje więc do zabierania głosu definitywnego, rozstrzygającego. Swoje
rozważania raczej snuje jako domysły i przypuszczenia. Tak trzeba je odczytywać.
Zresztą sam autor niejednokrotnie to postuluje. Pisze np.: Mam wrażenie,
że moje pisanie podoba się wielu ludziom między innymi dlatego, że nigdy
nie jestem za bardzo pewny siebie i nie pretenduję do posiadania odpowiedzi
na wszystko. Co więcej, często otwarcie deliberuję na temat tych "odpowiedzi"
i skłonności do wyciągania ich z kieszeni na zawołanie. W najlepszym razie,
jeśli idzie o mnie, mogę jedynie szukać i stawiać pewne pytania .
To poznawcze zastrzeżenie będzie uważał za jedną
z podstawowych chrześcijańskich postaw, bo wiara chrześcijańska to najpierw
stawianie pytań i walka, a dopiero potem pewność i pokój [...] Chrześcijaństwo
to nie wydawanie niepodważalnych wyroków. Podstawową rzeczą, z którą trzeba
się pogodzić, jest to, że musimy wybrać i zaakceptować oczywistą niemożliwość
nadania każdej ze spraw jasnego i definitywnego znaczenia.
 |
 |
| |
| "Zapisków
współwinnego widza" nie należy traktować jako dowodu odstąpienia
Mertona od wysiłku poznawania samego siebie, ale jako przesłankę
zmiany sposobu prowadzenia tych poszukiwań. |
|
Na sprawę, o której piszemy rzuca światło korespondencja
Mertona z Miłoszem. W liście z 21 maja 1959 roku czytamy: Z każdym dniem
jestem coraz bardziej przekonany, że obowiązkiem religijnym, jak i świeckim
jest niezadowalanie się gotowymi odpowiedziami - obojętne skąd by przychodziły.
Jak długo jeszcze może przetrwać świat, opierając się na zinstytucjonalizowanych
sloganach?
Rok później
napisze: Jest taki optymizm, który pomniejsza chrześcijaństwo i czyni
je absurdalnym, pozbawia je sensu. To głupi, małostkowy optymizm, który
polega na tym, że jest się bezpiecznym, ponieważ zna się właściwe odpowiedzi.
Do wypowiedzi tych trzeba jeszcze dodać ważne wyjaśnienie: jeśli powiedziałem,
że mam dość odpowiedzi, to miałem na myśli odpowiedzi kategoryczne, gotowe,
takie, które ignorują pytanie. Dzisiaj wszystkie odpowiedzi nabierają
takiego charakteru, ponieważ tak głęboki jest w nas zamęt i rozpaczliwie
chwytamy się tysięcznych przebłysków pozornej jasności.
By uniknąć tej pułapki i uciszyć w sobie ów powszechny zamęt, a jednocześnie
podnieść wartość swej twórczości będzie Merton myślał o ograniczeniu,
a nawet czasowym zarzuceniu pisania. Idąc za sugestią Miłosza będzie też
zastanawiał się nad zmianą profilu twórczości i zajęciu się krytyką literacką,
przez którą mógłby wypowiadać się w formie mniej roszczeniowej.
Pobożna literatura daleko nie zaprowadzi, zaś
bardziej refleksyjne i zasadnicze sprawy da się wyrazić na rozmaite sposoby.
Na pewno muszę przestać pisać pobożną publicystykę.
|