strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Droga ze świata do klasztoru
Współwinny widz

By odczytać kolejny okres życia Mertona użyjemy sprawdzonego już klucza: znów skierujemy uwagę na tytuł jego książki. Tym razem będzie to nazwa, jaką opatrzył swoje pisarskie dzieło z lat 1956-1965. Po autobiografii Siedmiopiętrowa góra i dzienniku Znak Jonasza, niejako kontynuując opowieść o swoim życiu, publikuje Merton: Zapiski współwinnego widza. Tytuł tej pozycji znów dużo powie nam o mnichu z Gethsemani i pomoże przejść drogę, na którą on sam wszedł w drugiej połowie lat pięćdziesiątych.


Jest taki optymizm, który pomniejsza chrześcijaństwo i czyni je absurdalnym, pozbawia je sensu. To głupi, małostkowy optymizm, który polega na tym, że jest się bezpiecznym, ponieważ zna się właściwe odpowiedzi.

Po pierwsze "Zapiski współwinnego widza" to już nie ów rodzaj bardzo osobistej deskrypcji wypracowywanej w Siedmiopiętrowej górze, a w pełni rozwiniętej w Znaku Jonasza.

Jakkolwiek zapiski te, utrzymane w konwersacyjnym tonie, mają osobisty charakter i odzwierciedlają moją własną wersję świata, to jednak brak im akcentu intymności i introspekcji, z których powstaje diariusz duszy. Żadnych prywatnych i poufnych zwierzeń tu nie będzie.

Tak przygotowuje czytelnika do lektury Zapisków sam autor. Wycofał się tym samym z dokonywanych w Znaku Jonasza eksperymentów, niebezpiecznie ocierających się o mesjanistyczny ekshibicjonizm. Odstąpił od tego błędnego tropu.

Na Zapiski...

złożyły się refleksje, intuicje, obserwacje i sądy poczynione przez Mertona na marginesie różnych lektur i wydarzeń. Można je określić jako swoisty dialog, jaki trapista z Kentucky prowadził ze światem, przy czym w dialogu tym ważniejsze są pytania niż odpowiedzi. Czasem chodzi bowiem o wyłonienie pytania, odważne postawienie kwestii i powstrzymanie się od zbyt szybkiego i uproszczonego rozwiązania. Merton napisze we wprowadzeniu: Hurtową i spreparowaną odpowiedzią nie handluję i nic bardziej nie budzi mej podejrzliwości niż twardy żywot oficjalnych i popularnych wypowiedzi oraz rozwiązań, które pragną uchodzić za postępowe.


Dzięki tej auto-podejrzliwości, wstrzemięźliwości i ostrożności w wyciąganiu wniosków, Zapiski... nabierają wartości dzieła faktycznie nietuzinkowego i objawiają nowe, dojrzalsze i głębsze

oblicze Mertona


Aby z tego pierwszego słowa tytułu wydobyć jeszcze więcej treści, warto sięgnąć do sformułowania nazwy książki w języku oryginalnym. Zapiski współwinnego widza, sygnujące polskie wydanie z roku 1994, są przekładem angielskiego Conjectures of a Guilty Bystander. Wyraz "conjectures" przetłumaczono jako "zapiski", choć równie dobrze mógł być oddany słowem "domysły" lub "przypuszczenia" '. Merton nie pretenduje więc do zabierania głosu definitywnego, rozstrzygającego. Swoje rozważania raczej snuje jako domysły i przypuszczenia. Tak trzeba je odczytywać. Zresztą sam autor niejednokrotnie to postuluje. Pisze np.: Mam wrażenie, że moje pisanie podoba się wielu ludziom między innymi dlatego, że nigdy nie jestem za bardzo pewny siebie i nie pretenduję do posiadania odpowiedzi na wszystko. Co więcej, często otwarcie deliberuję na temat tych "odpowiedzi" i skłonności do wyciągania ich z kieszeni na zawołanie. W najlepszym razie, jeśli idzie o mnie, mogę jedynie szukać i stawiać pewne pytania .


To poznawcze zastrzeżenie będzie uważał za jedną z podstawowych chrześcijańskich postaw, bo wiara chrześcijańska to najpierw stawianie pytań i walka, a dopiero potem pewność i pokój [...] Chrześcijaństwo to nie wydawanie niepodważalnych wyroków. Podstawową rzeczą, z którą trzeba się pogodzić, jest to, że musimy wybrać i zaakceptować oczywistą niemożliwość nadania każdej ze spraw jasnego i definitywnego znaczenia.

fot. Andrzej Hutniczak
 
"Zapisków współwinnego widza" nie należy traktować jako dowodu odstąpienia Mertona od wysiłku poznawania samego siebie, ale jako przesłankę zmiany sposobu prowadzenia tych poszukiwań.

Na sprawę, o której piszemy rzuca światło korespondencja Mertona z Miłoszem. W liście z 21 maja 1959 roku czytamy: Z każdym dniem jestem coraz bardziej przekonany, że obowiązkiem religijnym, jak i świeckim jest niezadowalanie się gotowymi odpowiedziami - obojętne skąd by przychodziły. Jak długo jeszcze może przetrwać świat, opierając się na zinstytucjonalizowanych sloganach?

Rok później

napisze: Jest taki optymizm, który pomniejsza chrześcijaństwo i czyni je absurdalnym, pozbawia je sensu. To głupi, małostkowy optymizm, który polega na tym, że jest się bezpiecznym, ponieważ zna się właściwe odpowiedzi.

Do wypowiedzi tych trzeba jeszcze dodać ważne wyjaśnienie: jeśli powiedziałem, że mam dość odpowiedzi, to miałem na myśli odpowiedzi kategoryczne, gotowe, takie, które ignorują pytanie. Dzisiaj wszystkie odpowiedzi nabierają takiego charakteru, ponieważ tak głęboki jest w nas zamęt i rozpaczliwie chwytamy się tysięcznych przebłysków pozornej jasności.

By uniknąć tej pułapki i uciszyć w sobie ów powszechny zamęt, a jednocześnie podnieść wartość swej twórczości będzie Merton myślał o ograniczeniu, a nawet czasowym zarzuceniu pisania. Idąc za sugestią Miłosza będzie też zastanawiał się nad zmianą profilu twórczości i zajęciu się krytyką literacką, przez którą mógłby wypowiadać się w formie mniej roszczeniowej.

Pobożna literatura daleko nie zaprowadzi, zaś bardziej refleksyjne i zasadnicze sprawy da się wyrazić na rozmaite sposoby. Na pewno muszę przestać pisać pobożną publicystykę.

 
1 2 3 4 5 6 7

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl