|
W
poszukiwaniu prawdziwej wolności
Śmierć a Bangkoku
Pod datą 6 grudnia 1968 roku, w dzienniku pisanym w czasie azjatyckiej
podróży, znajdujemy ślad jego refleksji dotyczących najbliższej przyszłości:
"Mój następny przystanek to spotkanie w Bangkoku, którego nie oczekuję
ze zbytnim utęsknieniem. Potem Indonezja, tam zaczyna się cała nowa podróż.
A ja wciąż jeszcze nie jestem pewien dokąd ona mnie zaprowadzi i co mogę
czy też powinienem planować".
| |
Genezę
azjatyckiej podróży Mertona przedstawia P. Hart w Przedmowie do Dziennika
azjatyckiego. Sam autor Dziennika azjatyckiego wyjaśnia ją natomiast
w Liście okrężnym do przyjaciół - listopad 1968: |
| |
-
Uzyskałem pozwolenie na opuszczenie na kilka miesięcy mojego klasztoru,
głównie dlatego, że mnie poproszono, abym przyjechał na spotkanie
katolickich opatów Azji w Bangkoku i wygłosił tam referat. Ponieważ
to dało mi okazję do znalezienia się w Azji, prosiłem, żeby mi pozwolono
trochę przedłużyć tę wyprawę, bym mógł czegoś dowiedzieć się o życiu
monastycznym w Azji, zwłaszcza buddyzmie [...] Poza tym, celem tej
podróży jest nie przemawianie ale zdobywanie wiedzy i nawiązywanie
kontaktów z ludźmi odgrywającymi jakąś rolę w buddyjskim życiu monastycznym.
Szczególnie interesuje mnie buddyzm tybetański oraz japoński (i być
może także chiński) zen. (Thomas Merton)
|
Kilka dni później okaże się, że już nie trzeba będzie
czynić żadnych planów, o "nowej podróży" nie będzie mogło być
mowy.
10 grudnia około godziny 14.00 (czasu miejscowego) w
Red Cross, w Bangkoku, Thomas Merton umiera w swoim pokoju wskutek porażenia
prądem. Około godziny po wypadku dwóch mnichów znajduje jego ciało leżące
na kamiennej podłodze na poprzek przygniecione wadliwym wentylatorem.
Kilkanaście lat wcześniej, w związku z projektem nowej klasztornej infirmerii,
w swoim dzienniku napisał: "Nie zapytuję siebie, czy umrę w takim
łóżku, czy w ogóle umrę w łóżku"
Przedpołudniowe wystąpienie w tym ostatnim dniu swego życia zakończy Merton
słowami, które w perspektywie tragicznego wypadku nabierają zupełnie nowego
znaczenia: Na tej uwadze kończę. Zdaje się, że organizatorzy przewidują,
iż pytania dotyczące porannych wykładów będą zadawane wieczorem, podczas
dyskusji panelowej.
Wobec tego znikam
Trzeba postawić pytanie, jak przedstawia się finał Mertona
dramatu tożsamości. Odpowiedź na to pytanie jawi się w świetle tekstów,
które powstały w ostatnich miesiącach jego życia.
Po pierwsze, nigdy nie porzucił pragnienia, by swoje
egzystowanie uczynić bardziej radykalnym i bardziej pustelniczym. W ten
sposób doskonale realizował chyba najbardziej tajemniczy ślub trapistów:
"conversio morum". Zakonną profesję "zmiany obyczajów"
interpretuje Merton jako zobowiązanie do całkowitej i nieustannej wewnętrznej
przemiany, zobowiązanie do stawania się "nowym człowiekiem".
W takim właśnie ujęciu ślub ten wskazuje, jego zdaniem, na to, co najbardziej
istotne w życiu monastycznym.
W czasie majowej podróży na Zachodnie Wybrzeże w dzienniku
kreśli Merton kilka zdań, które dają bardzo dobry wyraz wewnętrznemu dynamizmowi,
jakim wówczas żył: "dochodzę do przekonania, że teraz potrzeba mi
czegoś więcej. Nie wystarczy po prostu być spokojnym, odrobinę produktywnym,
modlić się, czytać, uprawiać sztukę odpoczynku - otium sanctum! Trzeba
wysiłku, dążenia do większej głębi, zmiany i przemiany [...] powrotu do
autentycznej praktyki, należytych wysiłków [...] upartego dążenia ku wielkiemu
wątpieniu".
Nie zadowalając się życiem
na powierzchni wspólnie podtrzymywanych iluzji, z owym "wielkim wątpieniem"
(właściwym dla wielu religii) musiał się zmierzyć.
W dwóch ostatnich wystąpieniach swego życia (23
październik - Kalkuta, 10 grudzień [!] - Bangkok) Merton formułuje najgłębsze
racje życia monastycznego. Po raz ostatni odpowiadając na pytanie: kim
jest mnich? - nie mógł nie budować tej odpowiedzi na swoim osobistym doświadczeniu,
na rozumieniu samego siebie. Stąd wypowiedzi te przyjąć możemy jako słowa
wieńczące jego długą drogę poszukiwania własnej tożsamości. Choć traktują
one w ogóle o życiu monastycznym i brak im klimatu właściwego osobistemu
świadectwu, niemniej stanowią jednocześnie ostatnią redakcję Mertona traktatu
o sobie samym.
 |
 |
| Do pełnej rzeczywistości
człowiek dochodzi przez uświadomienie sobie, że tkwi zanurzony
w iluzji. Że ta iluzja jest jednocześnie czymś empirycznym i
należy ją uznać za fakt. Oraz, że w tej empirycznie rzeczywistej
iluzji jest obecny jej transempiryczny podstawowy wymiar. Buddyści
nazywają to nirwaną. Dla Mertona będzie to doświadczenie podstaw
wszystkiego w Bogu przez kontemplację. Zauważy on jednak gdzie
indziej, że przejście od jednego do drugiego jest zabiegiem
wysoce skomplikowanym. |
|
 |
Teza wyjściowa przemówienia z Kalkuty mówi, iż
mnich jest kimś z marginesu, kimś, kto celowo wycofuje się na margines
społeczeństwa, po to, aby pogłębiać swoje fundamentalne ludzkie doświadczenie.
To wycofanie się jest przejawem przyjmowania radykalnie krytycznej postawy
względem świata i jego struktur: "zakonnik to człowiek, który mówi
- w taki czy inny sposób - że to, co głosi świat, jest oszustwem"
(Merton dodaje: "To oczywiście straszna rzecz powiedzieć coś takiego
[...] Mimo to w twierdzeniu tego rodzaju zawiera - się jakaś podstawowa
prawda. Należałoby chyba powiedzieć, że istnieje jakiś rodzaj dialektyki
miedzy odrzucaniem świata i jego przyjmowaniem. Odrzucenie świata przez
zakonnika jest czymś, co jest jednocześnie gotowością przyjęcia takiego
świata, który jest otwarty na przemiany".
W świadomości przeciętnego człowieka panuje bowiem
nazbyt często podstawowe zakłamanie: "Nie uświadamia on sobie rzeczywistości
pełnej i takiej, jaką jest naprawdę [...] gdy tylko na coś popatrzy, natychmiast
zaczyna to coś interpretować w sposób obciążony uprzedzeniami i niejako
z góry określony, tak by pasowało do błędnego obrazu świata, w którym
on sam istnieje jako indywidualne ego zajmujące centralną pozycję.
Tymczasem ludzkie "ja" w jego najgłębszym
wymiarze posiada znaczenie, które nie jest tylko sytuacyjną wypadkową
gry narzuconej przez zewnętrzne fakty. Nie można poprzestawać na zachowaniu
formy narzucanej przez zdarzenia, zwyczaje, rutynę, prawo, system, różnorakie
wzorce zgodne z przyjętym przez społeczeństwo kanonem. Tajemnica człowieka-osoby
sytuuje się zupełnie gdzie indziej i
znacznie głębiej
Sztywne trzymanie się tego kanonu uzna Merton
za wielki problem współczesnego monastycyzmu: "musimy ze smutkiem
stawić czoło gorzkiej prawdzie, że życie wielu zakonników i wielu sióstr
zakonnych, a także wielu innych ludzi oddanych życiu monastycznemu jest
życiem w całkowitej alienacji, w tym sensie, że oznacza ono legalną rezygnację
z rzeczy, z których być może nie należało nigdy rezygnować, oraz klęskę
w wykorzystaniu możliwości, z jakich w klasztorze powinno się było ludziom
pozwolić korzystać.
Całe życie autora tych słów było naznaczone ciągłym zmaganiem się z tą
alienacją i zapewne właśnie dzięki temu zmaganiu w swych poszukiwaniach
zaszedł on tak wyjątkowo daleko.
W perspektywie
powyższego zagrożenia dla monastycyzmu, w swoim ostatnim odczycie Merton
proklamuje niezwykłe przesłanie: "Od tej chwili każdy stoi na własnych
nogach [...] Nie jest to bynajmniej żaden pelagianizm - tłumaczy - ale
stwierdzenie głoszące, że nie możemy już dłużej liczyć na to, iż będą
nas wspierać struktury, które mogą w każdej chwili ulec zniszczeniu za
sprawą takiej czy innej władzy lub siły politycznej. Nie można polegać
na strukturach. Czas, kiedy się polegało na strukturach już minął. Są
dobre i powinny być dla nas pomocne, i powinniśmy z nich korzystać, jak
tylko potrafimy najlepiej. Ale mogą nam zostać odebrane, a jeśli odebrane
zostanie wszystko, co zrobimy? [...] To jest wciąż to samo pytanie: "Dokąd
można pójść, jeśli się siedzi na szczycie dwudziestopięciometrowego słupa?"
To, co stanowi istotę życia monastycznego nie jest przywiązane do budynków,
nie tkwi w ubiorze, niekoniecznie zawiera się nawet w samej regule. Leży
gdzieś głębiej niż reguła. Wiąże się z kwestią całkowitej przemiany wewnętrznej.
Wszystko inne jest podporządkowane temu celowi".
Fundamentalne ludzkie doświadczenie, którego odkrywanie jest istotą życia
zakonnego, to poczucie braku jakiegokolwiek znaczenia, zwłaszcza tego,
jakie ceni sobie i o jakie zabiega człowiek żyjący według miary świata.
W imieniu mnichów, a nade wszystko swoim własnym, Merton powie: "Postanowiliśmy
być ludźmi bez znaczenia. Żyjemy w poczuciu tego nieuchronnego braku znaczenia,
jaki jest właściwy każdej ludzkiej istocie".
Nie trzeba tego rozumieć
jakoby życie zewnętrzne nie nadawało człowiekowi żadnych znaczeń. Jednak
wszystkie te znaczenia zupełnie nie przystają do jego rzeczywistej godności.
Niejednokrotnie w swoich pismach Merton będzie bronił się przed tą fatalną
formą obniżania wartości własnej osoby: "Człowiek zostaje mnichem
dokładnie wtedy, kiedy zrezygnuje z usiłowań wyjaśniania swego powołania
w oparciu o zasady ideologii [...] W ten sposób prawdziwy filozof i prawdziwy
poeta stają się tym, czym są, kiedy "wykraczają poza" filozofię
i poezję, kiedy przestają "być filozofami" czy też "być
poetami" (Zapiski współwinnego widza, s. 410-411). Mnich nie ma swego
miejsca na świecie. Jest obcym i przechodniem na ziemi. Nie może pozwolić
sobie na pokrzepiającą, wyraźną i godną szacunku formę identyfikacji [...]
(Ślub konwersacji, s. 63). Nie staram się "być pustelnikiem lub kimkolwiek
innym, ponieważ `bycie` kimkolwiek rozprasza. Wystarczy `być` na zwykły
ludzki sposób, doświadczając głodu, zimna, ciepła".
Kierowany powyższymi racjami, na Konferencji w Kalkucie
Merton przedstawi się więc, nie jako zakonnik, ale jako ten, kto uchodzi
za zakonnika. Ów nieuchronny brak znaczenia najwyraźniej przejawia się
w fakcie ludzkiej śmierci. Stąd życie monastyczne toczy się jakby na jej
progu. Zakonnik żyje w obliczu śmierci ("memento moris"), jej
ciągła obecność w sposób istotny nieustannie weryfikuje sens jego egzystencji.
"Taki człowiek walczy z faktem śmierci w samym sobie i stara się
odnaleźć coś głębszego niż śmierć; ponieważ istnieje coś głębszego niż
śmierć, a zadanie zakonnika [...] polega na tym, aby wyjść poza śmierć
jeszcze w tym życiu, aby wyjść poza dychotomię życia i śmierci i w ten
sposób dać świadectwo życiu"
|