|
W
poszukiwaniu prawdziwej wolności
W eremitę nie można się bawić. Samotność nie
znosi najmniejszego bezsensu. Zbyt lekkie życie ciągnie za sobą okropne
spustoszenie.
Co stanowi więc rację, dla której warto podjąć tak wielkie
ryzyko? To, że samotność, bezwzględnie wykluczając jakąkolwiek poznawczą
dezercję, prowadzi do ostatecznej konfrontacji z rzeczywistością, do dokonania
podstawowego wyboru, który zdaniem Mertona ma postać alternatywy między
ostateczną perspektywą absurdu, a całkowitym zaufaniem Bogu.
 |
 |
| W swoich zapiskach
Merton odnotuje taką oto myśl Izaaka Syryjczyka: "Miłość
bierze się z modlitwy, a modlitwa z trwania w odosobnieniu". |
|
 |
Życie w samotności
ma sens tylko wtedy gdy koncentruje się całkowicie na miłości Boga. Jeśli
tego brak, wszystko inne to banał. Miłość Boga w Nim samym, dla Niego
samego, której szuka się tylko w Jego woli, w całkowitym poddaniu. Wszystko
inne prowadzi do mdłości i poczucia absurdu.
Człowiek zdecydowany na samotność musi być przygotowany na spotkanie się
z całym złem, które tkwi przede wszystkim w nim samym. Porządek samotności
skierowany przeciw wszelkiemu udawaniu obnaża zło do końca. Merton napisze:
"Badam siebie samego i widzę, że pełno we mnie zakłamania i że korzeniem
większości moich kłopotów jest moja własna gorycz".
To poznanie siebie od najczarniejszej strony przynosi
owoc, którym jest potrzeba życia w posłuszeństwie Bogu i odnalezienie
najwyższego znaczenia takiego życia. "Pracę celi" wykonuje się
w milczeniu, nie według własnego wyboru, ale w tym posłuszeństwie, które
jest jednocześnie posłuszeństwem prostym warunkom życia egzekwowanym przez
to, co jest "tu i teraz". Praca ta zakłada sprzeciw wobec jakiegokolwiek
zdradliwego idealizmu i budzi poczucie rzeczywistych możliwości, poczucie
prawdy.
Takie rozumienie przez Mertona pustelniczej drogi
mieści się w starochrześcijańskiej tradycji patrzenia na powołanie eremitów.
J. Mirewicz wspominając postać św. Antoniego, patrona pustelników, mówi
o tym klasycznym spojrzeniu na pustynię: "Nie było to miejsce ucieczki,
lecz miejsce walki. Udający się tam człowiek mógł liczyć tylko na to, że
Bóg obecny przy wszystkich jego sprawach, w każdej sytuacji życiowej będzie
przy nim, gdy zło wystąpi bez maski, bez ukrywania się za gęstą tkaniną
stosunków międzyludzkich, bez wplątania swego głosu w gwar rojnych miast.
Pustynia wzywała ludzi odważnych, zdrowych psychicznie, o wielkim dynamizmie
duchowym, posługujących się prostą ale nieubłaganą logiką nadprzyrodzoną
w rozwiązywaniu najważniejszego problemu: własnego zbawienia włączonego
w ogólny plan ratowania całej ludzkości" . Nieco dalej w Mirewicza
"Współtwórcach i wychowawcach Europy" czytamy: "Pustelnicy
odznaczali się wielkim realizmem w traktowaniu spraw ludzkich. Byli nawet
większymi realistami i jednocześnie znawcami ówczesnych problemów społecznych,
kulturalnych i religijnych aniżeli ci, którzy przebywali w rojnych miastach
i przed których świadomością przepływał strumień aktualnych wydarzeń. Pustynia
okazała się dobrą nauczycielką logicznego myślenia i uładzonych sądów o
losach człowieka. Na tym polegał jej czar działający nie tak na wyobraźnię
jak raczej na tkwiący w każdym z nas głód prawdy i pragnienie potwierdzenia
jej czynem życiowym" Merton z kolei pisze: "Życie pustelnika to
trwanie w prawdzie - stąd potrzeba modlitwy [...] Potrzeba bycia całkowicie
określonym przez relację z Bogiem [...] przez życie synostwem, w którym
wszystko, co odrywa [...] od tej relacji, postrzegane jest jako niedorzeczne
i absurdalne. Nade wszystko praca nadziei, a nie głupie, rozleniwione samoużalanie
się nad sobą wynikające z gnuśności. Wielka potrzeba oddawania czci Bogu
przez prawdę własnej osoby, w osobistej łasce samotności"
Mertona poszukiwanie
własnej tożsamości można by w tym miejscu ująć jako drogę do bardzo wysublimowanej
i zdumiewającej formy pobożności polegającej na czczeniu Boga poprzez prawdę
o sobie samym!
Zasadniczy krok w odsłanianiu tej prawdy miał już autor
Ślubu konwersacji za sobą. Polegał on na porzuceniu myślenia o sobie jako
o egotycznej jaźni i wyruszeniu ku pełniejszemu pojmowaniu siebie - poznaniu
siebie jako osoby. Co wnosiło do tego doświadczenia życie pustelnicze?
 |
 |
|
| Na
kartach Ślubu konwersacji czytamy: "jestem pewnie tą samą
osobą co tamten osiemnastolatek, którym byłem kiedyś, gdy wracałem
sam autobusem do Bournemouth z New Forest [...] Wciąż jestem
pewnie tym samym człowiekiem, który przez krótki czas mieszkał
przy Bridge Street 71 w Cambridge". |
|
Przede wszystkim zacząć trzeba od następujących jego
słów: "Nie ma wątpliwości [...] że tylko wtedy jestem w pełni normalną
osobą, gdy dostępna jest mi duża doza samotności". Dodajmy do tego
inną wypowiedź: "To, co najczęściej znajduję w całym moim życiu,
to iluzja, chęć bycia kimś, co do kogo utworzyłem sobie w głowie jakąś
ideę. Mam nadzieję, że teraz wyzwolę się z tego wszystkiego, ponieważ
czeka mnie walka, a przecież muszę stać się kimś, kim powinienem być"
Walka, będąca istotną treścią życia w odosobnieniu,
ma przyspieszyć to "stawanie się" sobą. Człowiek bowiem znajduje
się w drodze. Podczas tego "stawania się" nie traci jednak swojej
podstawowej tożsamości, cały czas pozostaje tym samym, choć nie takim
samym. Do tego wniosku w swoich doświadczeniach dochodzi również Merton.
Bycie w pełni osobą
stawiało przed nim bardzo konkretne zadanie: znaczyło żyć - w tym wypadku
można nawet powiedzieć - doświadczalnie również transcendentnym wymiarem
swego człowieczeństwa. Nie poprzestając na codziennym "ja" i
jego prozaicznych aktach, ale też nie przekreślając tego, żyć perspektywą,
by tak rzec, przepastnej relacyjności swojej własnej istoty lub teologicznie
rzecz ujmując "w wolności i chwale dziecka Bożego".
Życie pustelnicze jest egzystencją prowadzoną w obliczu rzeczy ostatecznych.
Jest najbardziej posuniętym zaangażowaniem w antycypowanie rzeczywistości
eschatologicznej. Toczy się jakby u stóp śmierci, to znaczy z nieustannie
podtrzymywaną zgodą na unicestwienie w człowieku wszystkiego poza jego
wymiarem transcendentnym, wiecznym, który przed przekroczeniem progu śmierci
może być doświadczany jedynie jako rzeczywistość tak otwierająca perspektywę
życia, że aż pusta.
"Bez grozy i dramatyczności doświadczyłem tego,
że ja, to ciało, to moje "ja" po prostu przestanie istnieć.
Błysk "nie-by-cia", bycia martwym. Bez lęku czy smutku, bez
czegokolwiek. Po prostu nie ma mnie. To właśnie, jak sądzę, jest przedsmak
owoców samotności" - napisze Merton o bardzo subiektywnym, niezwykłym
swoim doznaniu. I poetycko zakończy: "Jak gdyby Anioł śmierci przeszedł
obok mnie, mówiąc coś do siebie, zajęty swoimi sprawami, ledwie mnie zauważając,
ale jednak zauważył mnie. Tak więc rozpoznaliśmy się nawzajem".
W innym miejscu
znajdziemy obszerny fragment, w którym tłumaczy, że jego egzystowanie
jest zarazem eschatologiczne i kontemplacyjne, by przez kontemplację już
"tu i teraz" przenikać rzeczy przyszłe. A to staje się możliwe
przez przekroczenie własnego zewnętrznego "ja" i w nicości,
odczytywanej jako pełny wymiar osoby, trwanie przed Bogiem w podobieństwie
do Niego. W dzienniku czytamy: "Ubiegłej nocy przed pójściem spać,
miałem przez chwilę świadomość tego, co naprawdę oznacza samotność. Kiedy
cumy zostaną odrzucone i statek nie jest już złączony z lądem, lecz wypływa
w morze niczym nie skrępowany i nie ograniczony, nie w morze namiętności,
ale czystości i miłości wolnej od wielkiej troski. Bezmiar, który miłuje
Boga jedynie, od razu i bezpośrednio w Nim samym jako Wszystkim i pozorna
nicość, będąca wszystkim".
Bóg nie jest przedmiotem w umyśle, więc "kochać
tylko Boga" nie znaczy odrzucić wszystkie przedmioty i skoncentrować
się na tym jednym. Boga poznaje i miłuje się przez poznanie wszystkiego
w perspektywie owej pozornej nicości, która otwiera człowieka na transcendencję
- "homo est capax Dei".
Troskę o tę bezcenną pustkę uzna Merton za rzecz najważniejszą:
"Z niczego nie muszę się tłumaczyć, przy niczym obstawać. Muszę jedynie
bronić przed własnym `ja` tę bezmierną, prostą pustkę [...]".
Jego "praca celi" będzie polegała na ciągłym
schodzeniu w medytacji do tych korzeni. "Głębiej i głębiej by uchwycić
wewnętrzną rzeczywistość mojej nicości w Nim, który jest [...] Moja modlitwa
to pokój i walka w milczeniu o to, by znaleźć się, świadomie i bez zakłamania,
poza własnym "ja".
 |
 |
| Znamienny tytuł:
"W natarciu na niewypowiadalne" nosi jedna z książek
Mertona. Jest to zarazem jedna z najbardziej przez niego ulubionych
własnych książek. |
|
 |
Merton zdawał sobie sprawę, że tych swoich subiektywnych
doświadczeń usytuowanych w porządku przedznakowym nie jest w stanie nikomu
zakomunikować. Będzie to dla niego niemałym bólem, bo powiedzieć trzeba,
że właśnie posuwanie się jak najdalej z narzędziem słowa w to, co nienazwane,
było bardzo charakterystyczne dla jego życiowej aktywności. Usprawiedliwi
więc swoje próby opisania w dziennikach tego nie dającego się ująć w słowa
doświadczenia. "Opisywanie tego za pomocą powyższych pojęć jest absurdalne
i nie ma nic wspólnego z konkretną rzeczywistością, jaką należy uchwycić,
tak jak to robię".
Rozważania,
które przedstawiamy na pewno mogą się wydawać mało jasne, a może nawet
budzą podejrzenia. Czy w takim widzeniu rzeczy nie dokonuje się jakiś
antropologiczny regres, czy tożsamość człowieka nie ulega tu jakiemuś
"rozmyciu". Merton będzie się bronił. Powie, że jest wręcz przeciwnie,
że ta kontemplacja jest całkowitym rozbudzeniem tożsamości, jedności,
harmonijnej więzi, nie jest rozpłynięciem się, lecz pełną świadomością
swego miejsca w całości.
Ta pełna świadomość musi obejmować zarówno "ja" zewnętrzne,
jak i wewnętrzny bezmiar pustki, nierozerwalnie ze sobą złączone. Czytamy,
że "ja zewnętrzne" nie powinno już wysuwać się na pierwszy plan,
lecz powinno z radością zniknąć, chociaż trzeba pamiętać, że nie ma różnicy
między nimi, tak samo jak nie ma różnicy między powierzchnią stawu a tym,
co jest w głębi. To tylko refleksy na powierzchni wody zdają się nadawać
temu, co w głębi, odrębne istnienie"
Powyższe myśli są wyraźnym świadectwem tego, iż życie,
które podjął Merton w eremie, wywołało bardzo poważne reperkusje w jego
podstawowym dramacie: poszukiwaniu
własnej tożsamości
Mimo bardzo głębokiego przekonania o swoim powołaniu
do samotności, po rocznej próbie życia w pustelni, niełatwo jednak przyszło
Mertonowi dokonać ostatecznego wyboru i 8 sierpnia 1966 roku złożyć przed
opatem zobowiązanie do spędzenia reszty życia w odosobnieniu. Zobowiązanie
to składa jako jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu, poprzedzoną
okresem bolesnego zmagania. Wyboru miłości Boga realizowanej w życiu pustelniczym
musiał bowiem dokonać w zupełnie nowej perspektywie, składając ofiarę
z innej miłości, której - ku swemu zaskoczeniu i całkowitemu zdezorientowaniu
swoich przyjaciół - zaczął doświadczać od marca 1966 roku, kiedy to w
szpitalu w Louisville poznał osobę o imieniu Margie. Tych kilka miesięcy
naznaczonych spotkaniami z Margie było okresem obfitującym w chwile największej
radości i największego bólu, był to czas wewnętrznego rozdarcia i zupełnego
zamieszania.
| |
J.
FOREST - "Tomasza Mertona życie z mądrością". |
| |
Może budzić wątpliwość
nasze prawo do "czytania" tych najbardziej osobistych stron
jego życia. Ale sam Merton, w sposób dla siebie charakterystyczny,
udziela nam potrzebnego mandatu: "Trzeba, żeby także i o tym
wiedziano, ponieważ to część mnie. Moja potrzeba miłości, moja samotność,
moje wewnętrzne rozdarcie, walka, w której osamotnienie jest zarazem
problemem i "rozwiązaniem". I do tego być może rozwiązaniem
nie idealnym" |
Merton odkrył w sobie nie tyle zdolność do miłości,
jaką mężczyzna może darzyć kobietę, ale rzeczywistą obecność tej miłości
w swoim sercu. W przypadku jego wrażliwości również ta naturalna miłość
nabierała wręcz mistycznego, posuniętego ku granicom możliwości wymiaru.
W liście do Margie napisał: "Głęboko w nas, kochanie, w samej głębi
naszego wnętrza tkwi coś, co każe nam się oddać całkowicie. Nie chodzi
tylko o takie oddanie się, kiedy ubrania spadają na podłogę i splecionych
ciał nic nie rozdziela, ale oddanie daleko bardziej przejmujące, gdy oddajemy
się samą swoją istotą, oddajemy się nagiej miłości i jedności, i nie ma
między nami żadnej zasłony iluzji".
Ostateczny sens
tej zaskakującej miłości objawi się w sposób paradoksalny. Można bowiem
powiedzieć, że faktycznie zaistniała ona "dla" Mertona, ale
po to, by zdobył się na jej poświęcenie. Tym samym bez reszty oddał się
samotności, by już tylko przed obliczem Boga zrywać z siebie zasłonę iluzji
w dyskretnej codzienności eremu.
Również ta skrytość życia była w przypadku Mertona
wyjątkowa. Razem z uzyskiwaniem aprobaty przełożonych na prowadzenie życia
coraz bardziej eremickiego otrzymuje również zgodę na przyjmowanie gości
spoza klasztoru. Jego sytuacja staje się zdumiewająca. Jako pustelnik
spotyka się z większą ilością osób, niż wtedy, gdy żył we wspólnocie.
Sam bardzo szybko to dostrzeże, lecz wszelkie próby klasyfikowania prowadzonej
przez siebie egzystencji zignoruje wobec prawdy, iż w takiej właśnie,
nietypowej formie życia rozpoznawać będzie Bożą wolę i miłość względem
siebie.
|