strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





W poszukiwaniu prawdziwej wolności

W eremitę nie można się bawić. Samotność nie znosi najmniejszego bezsensu. Zbyt lekkie życie ciągnie za sobą okropne spustoszenie.

Co stanowi więc rację, dla której warto podjąć tak wielkie ryzyko? To, że samotność, bezwzględnie wykluczając jakąkolwiek poznawczą dezercję, prowadzi do ostatecznej konfrontacji z rzeczywistością, do dokonania podstawowego wyboru, który zdaniem Mertona ma postać alternatywy między ostateczną perspektywą absurdu, a całkowitym zaufaniem Bogu.

W swoich zapiskach Merton odnotuje taką oto myśl Izaaka Syryjczyka: "Miłość bierze się z modlitwy, a modlitwa z trwania w odosobnieniu".

Życie w samotności

ma sens tylko wtedy gdy koncentruje się całkowicie na miłości Boga. Jeśli tego brak, wszystko inne to banał. Miłość Boga w Nim samym, dla Niego samego, której szuka się tylko w Jego woli, w całkowitym poddaniu. Wszystko inne prowadzi do mdłości i poczucia absurdu.

Człowiek zdecydowany na samotność musi być przygotowany na spotkanie się z całym złem, które tkwi przede wszystkim w nim samym. Porządek samotności skierowany przeciw wszelkiemu udawaniu obnaża zło do końca. Merton napisze: "Badam siebie samego i widzę, że pełno we mnie zakłamania i że korzeniem większości moich kłopotów jest moja własna gorycz".

To poznanie siebie od najczarniejszej strony przynosi owoc, którym jest potrzeba życia w posłuszeństwie Bogu i odnalezienie najwyższego znaczenia takiego życia. "Pracę celi" wykonuje się w milczeniu, nie według własnego wyboru, ale w tym posłuszeństwie, które jest jednocześnie posłuszeństwem prostym warunkom życia egzekwowanym przez to, co jest "tu i teraz". Praca ta zakłada sprzeciw wobec jakiegokolwiek zdradliwego idealizmu i budzi poczucie rzeczywistych możliwości, poczucie prawdy.

Takie rozumienie przez Mertona pustelniczej drogi mieści się w starochrześcijańskiej tradycji patrzenia na powołanie eremitów. J. Mirewicz wspominając postać św. Antoniego, patrona pustelników, mówi o tym klasycznym spojrzeniu na pustynię: "Nie było to miejsce ucieczki, lecz miejsce walki. Udający się tam człowiek mógł liczyć tylko na to, że Bóg obecny przy wszystkich jego sprawach, w każdej sytuacji życiowej będzie przy nim, gdy zło wystąpi bez maski, bez ukrywania się za gęstą tkaniną stosunków międzyludzkich, bez wplątania swego głosu w gwar rojnych miast. Pustynia wzywała ludzi odważnych, zdrowych psychicznie, o wielkim dynamizmie duchowym, posługujących się prostą ale nieubłaganą logiką nadprzyrodzoną w rozwiązywaniu najważniejszego problemu: własnego zbawienia włączonego w ogólny plan ratowania całej ludzkości" . Nieco dalej w Mirewicza "Współtwórcach i wychowawcach Europy" czytamy: "Pustelnicy odznaczali się wielkim realizmem w traktowaniu spraw ludzkich. Byli nawet większymi realistami i jednocześnie znawcami ówczesnych problemów społecznych, kulturalnych i religijnych aniżeli ci, którzy przebywali w rojnych miastach i przed których świadomością przepływał strumień aktualnych wydarzeń. Pustynia okazała się dobrą nauczycielką logicznego myślenia i uładzonych sądów o losach człowieka. Na tym polegał jej czar działający nie tak na wyobraźnię jak raczej na tkwiący w każdym z nas głód prawdy i pragnienie potwierdzenia jej czynem życiowym" Merton z kolei pisze: "Życie pustelnika to trwanie w prawdzie - stąd potrzeba modlitwy [...] Potrzeba bycia całkowicie określonym przez relację z Bogiem [...] przez życie synostwem, w którym wszystko, co odrywa [...] od tej relacji, postrzegane jest jako niedorzeczne i absurdalne. Nade wszystko praca nadziei, a nie głupie, rozleniwione samoużalanie się nad sobą wynikające z gnuśności. Wielka potrzeba oddawania czci Bogu przez prawdę własnej osoby, w osobistej łasce samotności"

Mertona poszukiwanie


własnej tożsamości można by w tym miejscu ująć jako drogę do bardzo wysublimowanej i zdumiewającej formy pobożności polegającej na czczeniu Boga poprzez prawdę o sobie samym!

Zasadniczy krok w odsłanianiu tej prawdy miał już autor Ślubu konwersacji za sobą. Polegał on na porzuceniu myślenia o sobie jako o egotycznej jaźni i wyruszeniu ku pełniejszemu pojmowaniu siebie - poznaniu siebie jako osoby. Co wnosiło do tego doświadczenia życie pustelnicze?


Na kartach Ślubu konwersacji czytamy: "jestem pewnie tą samą osobą co tamten osiemnastolatek, którym byłem kiedyś, gdy wracałem sam autobusem do Bournemouth z New Forest [...] Wciąż jestem pewnie tym samym człowiekiem, który przez krótki czas mieszkał przy Bridge Street 71 w Cambridge".

Przede wszystkim zacząć trzeba od następujących jego słów: "Nie ma wątpliwości [...] że tylko wtedy jestem w pełni normalną osobą, gdy dostępna jest mi duża doza samotności". Dodajmy do tego inną wypowiedź: "To, co najczęściej znajduję w całym moim życiu, to iluzja, chęć bycia kimś, co do kogo utworzyłem sobie w głowie jakąś ideę. Mam nadzieję, że teraz wyzwolę się z tego wszystkiego, ponieważ czeka mnie walka, a przecież muszę stać się kimś, kim powinienem być"

Walka, będąca istotną treścią życia w odosobnieniu, ma przyspieszyć to "stawanie się" sobą. Człowiek bowiem znajduje się w drodze. Podczas tego "stawania się" nie traci jednak swojej podstawowej tożsamości, cały czas pozostaje tym samym, choć nie takim samym. Do tego wniosku w swoich doświadczeniach dochodzi również Merton.

Bycie w pełni osobą


stawiało przed nim bardzo konkretne zadanie: znaczyło żyć - w tym wypadku można nawet powiedzieć - doświadczalnie również transcendentnym wymiarem swego człowieczeństwa. Nie poprzestając na codziennym "ja" i jego prozaicznych aktach, ale też nie przekreślając tego, żyć perspektywą, by tak rzec, przepastnej relacyjności swojej własnej istoty lub teologicznie rzecz ujmując "w wolności i chwale dziecka Bożego".
Życie pustelnicze jest egzystencją prowadzoną w obliczu rzeczy ostatecznych. Jest najbardziej posuniętym zaangażowaniem w antycypowanie rzeczywistości eschatologicznej. Toczy się jakby u stóp śmierci, to znaczy z nieustannie podtrzymywaną zgodą na unicestwienie w człowieku wszystkiego poza jego wymiarem transcendentnym, wiecznym, który przed przekroczeniem progu śmierci może być doświadczany jedynie jako rzeczywistość tak otwierająca perspektywę życia, że aż pusta.

"Bez grozy i dramatyczności doświadczyłem tego, że ja, to ciało, to moje "ja" po prostu przestanie istnieć. Błysk "nie-by-cia", bycia martwym. Bez lęku czy smutku, bez czegokolwiek. Po prostu nie ma mnie. To właśnie, jak sądzę, jest przedsmak owoców samotności" - napisze Merton o bardzo subiektywnym, niezwykłym swoim doznaniu. I poetycko zakończy: "Jak gdyby Anioł śmierci przeszedł obok mnie, mówiąc coś do siebie, zajęty swoimi sprawami, ledwie mnie zauważając, ale jednak zauważył mnie. Tak więc rozpoznaliśmy się nawzajem".

W innym miejscu

znajdziemy obszerny fragment, w którym tłumaczy, że jego egzystowanie jest zarazem eschatologiczne i kontemplacyjne, by przez kontemplację już "tu i teraz" przenikać rzeczy przyszłe. A to staje się możliwe przez przekroczenie własnego zewnętrznego "ja" i w nicości, odczytywanej jako pełny wymiar osoby, trwanie przed Bogiem w podobieństwie do Niego. W dzienniku czytamy: "Ubiegłej nocy przed pójściem spać, miałem przez chwilę świadomość tego, co naprawdę oznacza samotność. Kiedy cumy zostaną odrzucone i statek nie jest już złączony z lądem, lecz wypływa w morze niczym nie skrępowany i nie ograniczony, nie w morze namiętności, ale czystości i miłości wolnej od wielkiej troski. Bezmiar, który miłuje Boga jedynie, od razu i bezpośrednio w Nim samym jako Wszystkim i pozorna nicość, będąca wszystkim".

Bóg nie jest przedmiotem w umyśle, więc "kochać tylko Boga" nie znaczy odrzucić wszystkie przedmioty i skoncentrować się na tym jednym. Boga poznaje i miłuje się przez poznanie wszystkiego w perspektywie owej pozornej nicości, która otwiera człowieka na transcendencję - "homo est capax Dei".

Troskę o tę bezcenną pustkę uzna Merton za rzecz najważniejszą: "Z niczego nie muszę się tłumaczyć, przy niczym obstawać. Muszę jedynie bronić przed własnym `ja` tę bezmierną, prostą pustkę [...]".

Jego "praca celi" będzie polegała na ciągłym schodzeniu w medytacji do tych korzeni. "Głębiej i głębiej by uchwycić wewnętrzną rzeczywistość mojej nicości w Nim, który jest [...] Moja modlitwa to pokój i walka w milczeniu o to, by znaleźć się, świadomie i bez zakłamania, poza własnym "ja".

Znamienny tytuł: "W natarciu na niewypowiadalne" nosi jedna z książek Mertona. Jest to zarazem jedna z najbardziej przez niego ulubionych własnych książek.

Merton zdawał sobie sprawę, że tych swoich subiektywnych doświadczeń usytuowanych w porządku przedznakowym nie jest w stanie nikomu zakomunikować. Będzie to dla niego niemałym bólem, bo powiedzieć trzeba, że właśnie posuwanie się jak najdalej z narzędziem słowa w to, co nienazwane, było bardzo charakterystyczne dla jego życiowej aktywności. Usprawiedliwi więc swoje próby opisania w dziennikach tego nie dającego się ująć w słowa doświadczenia. "Opisywanie tego za pomocą powyższych pojęć jest absurdalne i nie ma nic wspólnego z konkretną rzeczywistością, jaką należy uchwycić, tak jak to robię".

Rozważania,

które przedstawiamy na pewno mogą się wydawać mało jasne, a może nawet budzą podejrzenia. Czy w takim widzeniu rzeczy nie dokonuje się jakiś antropologiczny regres, czy tożsamość człowieka nie ulega tu jakiemuś "rozmyciu". Merton będzie się bronił. Powie, że jest wręcz przeciwnie, że ta kontemplacja jest całkowitym rozbudzeniem tożsamości, jedności, harmonijnej więzi, nie jest rozpłynięciem się, lecz pełną świadomością swego miejsca w całości.

Ta pełna świadomość musi obejmować zarówno "ja" zewnętrzne, jak i wewnętrzny bezmiar pustki, nierozerwalnie ze sobą złączone. Czytamy, że "ja zewnętrzne" nie powinno już wysuwać się na pierwszy plan, lecz powinno z radością zniknąć, chociaż trzeba pamiętać, że nie ma różnicy między nimi, tak samo jak nie ma różnicy między powierzchnią stawu a tym, co jest w głębi. To tylko refleksy na powierzchni wody zdają się nadawać temu, co w głębi, odrębne istnienie"

Powyższe myśli są wyraźnym świadectwem tego, iż życie, które podjął Merton w eremie, wywołało bardzo poważne reperkusje w jego podstawowym dramacie: poszukiwaniu

własnej tożsamości

Mimo bardzo głębokiego przekonania o swoim powołaniu do samotności, po rocznej próbie życia w pustelni, niełatwo jednak przyszło Mertonowi dokonać ostatecznego wyboru i 8 sierpnia 1966 roku złożyć przed opatem zobowiązanie do spędzenia reszty życia w odosobnieniu. Zobowiązanie to składa jako jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu, poprzedzoną okresem bolesnego zmagania. Wyboru miłości Boga realizowanej w życiu pustelniczym musiał bowiem dokonać w zupełnie nowej perspektywie, składając ofiarę z innej miłości, której - ku swemu zaskoczeniu i całkowitemu zdezorientowaniu swoich przyjaciół - zaczął doświadczać od marca 1966 roku, kiedy to w szpitalu w Louisville poznał osobę o imieniu Margie. Tych kilka miesięcy naznaczonych spotkaniami z Margie było okresem obfitującym w chwile największej radości i największego bólu, był to czas wewnętrznego rozdarcia i zupełnego zamieszania.

  J. FOREST - "Tomasza Mertona życie z mądrością".
  Może budzić wątpliwość nasze prawo do "czytania" tych najbardziej osobistych stron jego życia. Ale sam Merton, w sposób dla siebie charakterystyczny, udziela nam potrzebnego mandatu: "Trzeba, żeby także i o tym wiedziano, ponieważ to część mnie. Moja potrzeba miłości, moja samotność, moje wewnętrzne rozdarcie, walka, w której osamotnienie jest zarazem problemem i "rozwiązaniem". I do tego być może rozwiązaniem nie idealnym"

Merton odkrył w sobie nie tyle zdolność do miłości, jaką mężczyzna może darzyć kobietę, ale rzeczywistą obecność tej miłości w swoim sercu. W przypadku jego wrażliwości również ta naturalna miłość nabierała wręcz mistycznego, posuniętego ku granicom możliwości wymiaru. W liście do Margie napisał: "Głęboko w nas, kochanie, w samej głębi naszego wnętrza tkwi coś, co każe nam się oddać całkowicie. Nie chodzi tylko o takie oddanie się, kiedy ubrania spadają na podłogę i splecionych ciał nic nie rozdziela, ale oddanie daleko bardziej przejmujące, gdy oddajemy się samą swoją istotą, oddajemy się nagiej miłości i jedności, i nie ma między nami żadnej zasłony iluzji".

Ostateczny sens

tej zaskakującej miłości objawi się w sposób paradoksalny. Można bowiem powiedzieć, że faktycznie zaistniała ona "dla" Mertona, ale po to, by zdobył się na jej poświęcenie. Tym samym bez reszty oddał się samotności, by już tylko przed obliczem Boga zrywać z siebie zasłonę iluzji w dyskretnej codzienności eremu.


Również ta skrytość życia była w przypadku Mertona wyjątkowa. Razem z uzyskiwaniem aprobaty przełożonych na prowadzenie życia coraz bardziej eremickiego otrzymuje również zgodę na przyjmowanie gości spoza klasztoru. Jego sytuacja staje się zdumiewająca. Jako pustelnik spotyka się z większą ilością osób, niż wtedy, gdy żył we wspólnocie. Sam bardzo szybko to dostrzeże, lecz wszelkie próby klasyfikowania prowadzonej przez siebie egzystencji zignoruje wobec prawdy, iż w takiej właśnie, nietypowej formie życia rozpoznawać będzie Bożą wolę i miłość względem siebie.

1 2 3 4 5

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl