|
W poszukiwaniu prawdziwej wolności Odnalezione u Jima Foresta nieco paradoksalne
wyrażenie "pustelnik podróżujący" doskonale ujmuje rzeczywistość
ostatniego etapu życiowej drogi trapisty z Kentucky. Niespodziewanie bowiem
zaczyna on realizować dwa dążenia: najpierw, problematycznie obecną w
nim od lat - ideę życia pustelniczego, a następnie, wynikającą jakoś z
jego statusu "współwinnego widza" i ściśle związaną z tą pierwszą
- praktykę podróżowania.
Te dwie odmienne, a nawet sprzeczne formy egzystowania
w przypadku Mertona nie stanowią żadnego rozdarcia, przeciwnie, komplementarnie
współtworzą podłoże wewnętrznego dramatu, który rozgrywa. Według zadziwiającej
opinii eremity z Gethsemani pustelnik jest właśnie najbardziej podróżującym
chrześcijaninem. Refleksję nad tym ostatnim, pustelniczym etapem historii Mertona poprzedzić trzeba istotnym spostrzeżeniem. W tym czasie wolny był on od egoistycznego i angelicznego pojmowania samotności, które wcześniej było prawdziwą "piętą achillesową" jego zakonnego dojrzewania. W styczniowych zapiskach dziennika z 1964 roku odnajdujemy słowa: "Muszę znaleźć wyjście z labiryntu sztucznie stworzonej samotności, która w istocie jest główną przeszkodą w realizowaniu prawdziwej samotności [...] Fałszywa samotność zbudowana jest na sztucznie wzbudzonej świadomości nie zrealizowanych relacji z innymi ludźmi. Człowiek woli by te możliwości pozostały nie zrealizowane. (Fałszywa samotność stoi więc na przeszkodzie miłości). W innym miejscu Merton zrozumie, że pragnienie samotności, które niegdyś
w sobie nosił, przez długie lata nie było w stanie sprostać koniecznym
wymogom pustelniczej drogi: "Nie wystarczy, że człowiek po prostu
"lubi samotność" czy nawet ją uwielbia. Nawet jeśli tak jest,
życie w samotności może zrujnować człowieka, gdy pragnie go tylko ze względu
na samego siebie". do kamedułów Merton-pustelnik nie przestaje być człowiekiem otwartym na świat. W liście do Ojca Świętego Jana XXIII wyzna: "Wydaje mi się, że jako mnich w zakonie kontemplacyjnym nie muszę zamykać się w samotności i zrywać wszelkiego kontaktu z resztą świata; to raczej ten biedny świat ma prawo do mojej samotności". Sporo czasu w pustelni przeznaczy więc na studium oraz pisanie, które ordo samotności miało z jednej strony ograniczyć ilościowo, z drugiej zaś uczynić bardziej twórczym, wnikliwym i odpowiedzialnym. W tym kontekście umieścić należy krytyki literackie, które wychodziły spod mertonowego pióra, a przez które chciał on przemawiać do świata głosem pozbawionym pobożnej fasadowości, często uniemożliwiającej prawdziwy dialog. Spotkanie z "biednym światem" postrzeganym oczami wielkich współczesnych myślicieli, czasem bezwzględnie demaskujących rzeczywistą biedę Kościoła, stawiało przed Mertonem bardzo wysokie wymagania. Podczas lektury z Mitu Syzyfa Camusa zanotuje: "Zabierałem się do tego już wcześniej, ale wtedy nie byłem jeszcze przygotowany na taką lekturę - za bardzo bałem się destrukcyjnych sił w sobie samym. Teraz mogę to już czytać - już się ich nie obawiam". Odchodzenie do pustelni słynnego trapisty dokonywało się stopniowo. Jego faktycznych podwalin należy szukać już w roku 1961, kiedy - w związku z ekumenicznym i pacyfistycznym zaangażowaniem ojca Ludwika - na terenie opactwa postawiono dom mający spełniać funkcję ośrodka rekolekcyjnego. Gospodarzem tej siedziby był oczywiście Merton i już od początku jej istnienia myślał o niej jak o pustelni. W tym odosobnionym miejscu mógł spędzać czas przeznaczony na czytanie. Dziennik z lat 1964-1965 (Ślub konwersacji) pozwala
dokładnie odtworzyć drogę przyjmowania przez Mertona pustelniczego sposobu
życia. W kwietniu 1964 roku otrzymuje oficjalną zgodę na własny, odmienny
od klasztornego, rozkład zajęć. W połowie października tegoż roku spędza
w pustelni pierwszą noc, przez jakiś czas będzie to jego sporadyczną praktyką.
Przełom nastąpił w sierpniu 1965 roku, kiedy Rada Zakonu zaaprobowała
jego odejście do eremu. Został zwolniony z pełnienia funkcji mistrza nowicjatu,
wszystkie modlitwy mógł odmawiać w pustelni; w ramach obowiązków cenobity
miał jedynie codzienną mszę świętą sprawować w kaplicy bibliotecznej,
spożywać gorący posiłek w infirmerii i w niedziele głosić wykłady dla
zakonnej wspólnoty16. W roku 1967 otrzyma kolejny przywilej: celebrowania
mszy świętej w odosobnieniu swojej pustelni. Pierwszą taką Eucharystię
odprawi 16 lipca tegoż roku. W związku z tym na początku roku następnego
do jego eremu dobudowana zostanie Nie będąc zdolnym do całkowitego i logicznego wyjaśnienia
wszystkich szczegółów swojej niełatwej drogi do eremu, niejednokrotnie
przyświadczy jednak, że to właśnie w pustelni jest jego prawdziwe miejsce.
Nie ulega wątpliwości, że jednym z moich zadań jako mnicha, jest wieść
życie eremity w zwyczajnym, bezpośrednim kontakcie z przyrodą, bez żadnych
wygód, spokojnie, trochę pisząc i utrzymując takie kontakty, jakie Bóg
chce, bym utrzymywał, dając świadectwo dobru i znaczeniu, jakie się kryje
w prostocie, i kochając Boga w tym wszystkim. Jestem co do tego bardziej
przekonany niż co do czegokolwiek innego w moim życiu, jestem pewien,
że o to właśnie
Dzięki temu jasnemu przekonaniu przylgnięcie do prostych
okoliczności otwierającego się w końcu przed Mertonem pustelniczego życia
stało się dla niego źródłem prawdziwego szczęścia. "Wszystko, co
ma związek z pustelnią napełnia mnie radością [...] jest to miejsce, jakie
dał mi Bóg po tak wielu modlitwach i długim wyczekiwaniu, chociaż wcale
sobie na nie nie zasłużyłem, i to jest największa radość" Szczęście to, powie Merton jest tak czyste, ponieważ nie pochodzi od nas, lecz jest samym darem i łaską. Szczęście w tym sensie, że dotarłem wreszcie do miejsca przeznaczonego mi przez Boga, że wypełnił się cel, dla którego Bóg mnie tu przyprowadził dwadzieścia trzy lata temu". Na kartach Ślubu konwersacji niejednokrotnie znajdujemy ślad tej przepełniającej go wewnętrznej radości. Życie w samotności, które przyjmował Merton jako
dar od Boga, było jednocześnie wezwaniem do ciężkiej duchowej pracy. Obok
możliwości zebrania niezwykłych owoców, samotność niosła ze sobą najwyższe
niebezpieczeństwo. Autor Ślubu konwersacji szybko to zrozumiał: W samotności
każda rzecz ma swą wagę i jej konsekwencje są albo dobre, albo złe, i
dlatego trzeba do wszystkiego podchodzić bardzo ostrożnie. Jeśli człowiek
przykłada się starannie do tego, co robi, w jego wnętrzu zostają uwolnione
ogromne źródła mocy i prawdy. Jeśli chodzimy tylko machinalnie, bez celu
i bez uwagi lub pochłonięci obsesyjnie jakąś myślą, ta sama moc zwraca
się przeciwko nam, a w naszym wnętrzu zaczyna szaleć chaos jak burza W innym miejscu pisze: "Gdy żyje się w pustelni,
trzeba się modlić, bo inaczej człowiek się rozsypie. Udawanie, że się
modlimy nie wystarcza. Samo siedzenie na modlitwie też nie wystarczy.
To musi być autentyczne".
|
||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||