strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





W poszukiwaniu prawdziwej wolności
Pustelnik podróżujący

Odnalezione u Jima Foresta nieco paradoksalne wyrażenie "pustelnik podróżujący" doskonale ujmuje rzeczywistość ostatniego etapu życiowej drogi trapisty z Kentucky. Niespodziewanie bowiem zaczyna on realizować dwa dążenia: najpierw, problematycznie obecną w nim od lat - ideę życia pustelniczego, a następnie, wynikającą jakoś z jego statusu "współwinnego widza" i ściśle związaną z tą pierwszą - praktykę podróżowania.


fot. Andrzej Hutniczak

Wolność bez norm jest samowolą, normy bez wolności są dyktaturą (Helmut Thielicke)

Te dwie odmienne, a nawet sprzeczne formy egzystowania w przypadku Mertona nie stanowią żadnego rozdarcia, przeciwnie, komplementarnie współtworzą podłoże wewnętrznego dramatu, który rozgrywa. Według zadziwiającej opinii eremity z Gethsemani pustelnik jest właśnie najbardziej podróżującym chrześcijaninem.

W jednym z listów

Mertona do Rosemary Radford Ruether czytamy: "jednym z powodów, dla których opat tak łatwo zezwolił mi zostać pustelnikiem, było to, że uzyskał tym sposobem dodatkowe wsparcie. Pustelnicy nigdy nie podróżują - trafił jak kulą w płot; pustelnicy podróżują najwięcej ze wszystkich chrześcijan".

Refleksję nad tym ostatnim, pustelniczym etapem historii Mertona poprzedzić trzeba istotnym spostrzeżeniem. W tym czasie wolny był on od egoistycznego i angelicznego pojmowania samotności, które wcześniej było prawdziwą "piętą achillesową" jego zakonnego dojrzewania. W styczniowych zapiskach dziennika z 1964 roku odnajdujemy słowa: "Muszę znaleźć wyjście z labiryntu sztucznie stworzonej samotności, która w istocie jest główną przeszkodą w realizowaniu prawdziwej samotności [...] Fałszywa samotność zbudowana jest na sztucznie wzbudzonej świadomości nie zrealizowanych relacji z innymi ludźmi. Człowiek woli by te możliwości pozostały nie zrealizowane. (Fałszywa samotność stoi więc na przeszkodzie miłości).

W innym miejscu

bardzo krytycznie oceniając różne formy swego zaangażowania, wyzna, iż jego pozycja zawsze pozostanie dwuznaczna i że taki stan rzeczy musi być po prostu przez niego zaakceptowany. Swoje sceptyczne wnioski zakończy wyrażeniem nadziei dotyczących pustelni. To finałowe zdanie potraktować można jako zwięzły, i w niedalekiej przyszłości znajdujący swe rzeczywiste potwierdzenie, jego pustelniczy manifest: " jest pustelnia i [...] powinienem zrobić z niej jak najlepszy użytek, wykorzystując ją nie jako miejsce ucieczki, lecz jak prawdziwe miejsce modlitwy i wyrzeczenia się siebie.

Merton zrozumie, że pragnienie samotności, które niegdyś w sobie nosił, przez długie lata nie było w stanie sprostać koniecznym wymogom pustelniczej drogi: "Nie wystarczy, że człowiek po prostu "lubi samotność" czy nawet ją uwielbia. Nawet jeśli tak jest, życie w samotności może zrujnować człowieka, gdy pragnie go tylko ze względu na samego siebie".

Przykładem nowego myślenia o samotności jest też opinia, jaką wyrazi Merton o woli przejścia do kamedułów o. Flawiana Burnsa, jednego z najbardziej przez siebie cenionych w opactwie mnichów. Pozbawiona wszelkiej grzeczności krytyka tego zamiaru nabiera szczególnej siły wyrazu wobec przypomnienia, że w przeszłości sam Merton mocno był nękany pokusą odejścia właśnie

do kamedułów

Merton-pustelnik nie przestaje być człowiekiem otwartym na świat. W liście do Ojca Świętego Jana XXIII wyzna: "Wydaje mi się, że jako mnich w zakonie kontemplacyjnym nie muszę zamykać się w samotności i zrywać wszelkiego kontaktu z resztą świata; to raczej ten biedny świat ma prawo do mojej samotności".

Sporo czasu w pustelni przeznaczy więc na studium oraz pisanie, które ordo samotności miało z jednej strony ograniczyć ilościowo, z drugiej zaś uczynić bardziej twórczym, wnikliwym i odpowiedzialnym. W tym kontekście umieścić należy krytyki literackie, które wychodziły spod mertonowego pióra, a przez które chciał on przemawiać do świata głosem pozbawionym pobożnej fasadowości, często uniemożliwiającej prawdziwy dialog. Spotkanie z "biednym światem" postrzeganym oczami wielkich współczesnych myślicieli, czasem bezwzględnie demaskujących rzeczywistą biedę Kościoła, stawiało przed Mertonem bardzo wysokie wymagania. Podczas lektury z Mitu Syzyfa Camusa zanotuje: "Zabierałem się do tego już wcześniej, ale wtedy nie byłem jeszcze przygotowany na taką lekturę - za bardzo bałem się destrukcyjnych sił w sobie samym. Teraz mogę to już czytać - już się ich nie obawiam".

Odchodzenie do pustelni słynnego trapisty dokonywało się stopniowo. Jego faktycznych podwalin należy szukać już w roku 1961, kiedy - w związku z ekumenicznym i pacyfistycznym zaangażowaniem ojca Ludwika - na terenie opactwa postawiono dom mający spełniać funkcję ośrodka rekolekcyjnego. Gospodarzem tej siedziby był oczywiście Merton i już od początku jej istnienia myślał o niej jak o pustelni. W tym odosobnionym miejscu mógł spędzać czas przeznaczony na czytanie.

Dziennik z lat 1964-1965 (Ślub konwersacji) pozwala dokładnie odtworzyć drogę przyjmowania przez Mertona pustelniczego sposobu życia. W kwietniu 1964 roku otrzymuje oficjalną zgodę na własny, odmienny od klasztornego, rozkład zajęć. W połowie października tegoż roku spędza w pustelni pierwszą noc, przez jakiś czas będzie to jego sporadyczną praktyką. Przełom nastąpił w sierpniu 1965 roku, kiedy Rada Zakonu zaaprobowała jego odejście do eremu. Został zwolniony z pełnienia funkcji mistrza nowicjatu, wszystkie modlitwy mógł odmawiać w pustelni; w ramach obowiązków cenobity miał jedynie codzienną mszę świętą sprawować w kaplicy bibliotecznej, spożywać gorący posiłek w infirmerii i w niedziele głosić wykłady dla zakonnej wspólnoty16. W roku 1967 otrzyma kolejny przywilej: celebrowania mszy świętej w odosobnieniu swojej pustelni. Pierwszą taką Eucharystię odprawi 16 lipca tegoż roku. W związku z tym na początku roku następnego do jego eremu dobudowana zostanie

mała kaplica

W tej pustelniczej transformacji swego życia, która teraz przebiegała z pełną aprobatą przełożonych, dostrzeże Merton realizowanie się woli Boga względem jego osobistego powołania. Bezsprzecznie posłuszny tej woli w czasie, kiedy dokonywało się jego nawrócenie, przez długie lata zakonnego życia Merton ostatecznie respektował jej wymagania, jednak obciążony był przy tym bardzo dużym balastem egoistycznego myślenia. Teraz, na ostatnim etapie życia to "posłuszeństwo na zasadzie wiary" ponownie okazało się kapitalnym rozwiązaniem, najgłębiej wpisanym w jego osobisty dramat. Napisze: "Jedno jest pewne - istnieje pewien zamiar i wola Boża względem mojej osoby i muszę pozwolić na to, by w pełni odnosiły się do mnie, abym mógł być wolny. Moje życie nie ma żadnego znaczenia poza tym, że jest świadomym i całkowitym oddaniem siebie, by wypełnić Jego zamiary, które w szczegółach pozostają tajemnicą"

Nie będąc zdolnym do całkowitego i logicznego wyjaśnienia wszystkich szczegółów swojej niełatwej drogi do eremu, niejednokrotnie przyświadczy jednak, że to właśnie w pustelni jest jego prawdziwe miejsce. Nie ulega wątpliwości, że jednym z moich zadań jako mnicha, jest wieść życie eremity w zwyczajnym, bezpośrednim kontakcie z przyrodą, bez żadnych wygód, spokojnie, trochę pisząc i utrzymując takie kontakty, jakie Bóg chce, bym utrzymywał, dając świadectwo dobru i znaczeniu, jakie się kryje w prostocie, i kochając Boga w tym wszystkim. Jestem co do tego bardziej przekonany niż co do czegokolwiek innego w moim życiu, jestem pewien, że o to właśnie

Bóg mnie prosi

fot. Anna Gorecka

Gdy żyje się w pustelni, trzeba się modlić, bo inaczej człowiek się rozsypie. Udawanie, że się modlimy nie wystarcza. Samo siedzenie na modlitwie też nie wystarczy. To musi być autentyczne.

Dzięki temu jasnemu przekonaniu przylgnięcie do prostych okoliczności otwierającego się w końcu przed Mertonem pustelniczego życia stało się dla niego źródłem prawdziwego szczęścia. "Wszystko, co ma związek z pustelnią napełnia mnie radością [...] jest to miejsce, jakie dał mi Bóg po tak wielu modlitwach i długim wyczekiwaniu, chociaż wcale sobie na nie nie zasłużyłem, i to jest największa radość"

Szczęście to, powie Merton jest tak czyste, ponieważ nie pochodzi od nas, lecz jest samym darem i łaską. Szczęście w tym sensie, że dotarłem wreszcie do miejsca przeznaczonego mi przez Boga, że wypełnił się cel, dla którego Bóg mnie tu przyprowadził dwadzieścia trzy lata temu".

Na kartach Ślubu konwersacji niejednokrotnie znajdujemy ślad tej przepełniającej go wewnętrznej radości.

Życie w samotności, które przyjmował Merton jako dar od Boga, było jednocześnie wezwaniem do ciężkiej duchowej pracy. Obok możliwości zebrania niezwykłych owoców, samotność niosła ze sobą najwyższe niebezpieczeństwo. Autor Ślubu konwersacji szybko to zrozumiał: W samotności każda rzecz ma swą wagę i jej konsekwencje są albo dobre, albo złe, i dlatego trzeba do wszystkiego podchodzić bardzo ostrożnie. Jeśli człowiek przykłada się starannie do tego, co robi, w jego wnętrzu zostają uwolnione ogromne źródła mocy i prawdy. Jeśli chodzimy tylko machinalnie, bez celu i bez uwagi lub pochłonięci obsesyjnie jakąś myślą, ta sama moc zwraca się przeciwko nam, a w naszym wnętrzu zaczyna szaleć chaos jak burza

i rzuca nas na skały

Ilustracją negatywnego działania tej reguły jest epizod opisany pod datą 5 grudnia 1964 roku. Merton po południu bez pamięci pogrążył się, jak napisze, "w orgii abstrakcyjnego rysunku". Konsekwencja prawdy, o której mowa wcześniej, doprowadziła go tym samym owego dnia do wewnętrznego krachu.

W innym miejscu pisze: "Gdy żyje się w pustelni, trzeba się modlić, bo inaczej człowiek się rozsypie. Udawanie, że się modlimy nie wystarcza. Samo siedzenie na modlitwie też nie wystarczy. To musi być autentyczne".

 
1 2 3 4 5

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl