strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Szlakiem siedmiopiętrowej góry

W listopadzie 1934 roku na dobre opuszczając Europę, razem ze starym kontynentem Merton pozostawi za sobą najczarniejsze miesiące swego życia. Zacznie dostrzegać pustkę, śmieszność, iluzoryczność i martwotę egzystencji, jaką wiódł. Tak dojdzie do przełomowego miejsca, w którym zrozumie, że droga, po której dotąd szedł nie prowadzi nigdzie. Egoistyczne "ja" domagające się wciąż nowych pożywek nie zostanie zaspokojone nigdy. Karmiąc je, w rzeczywistości siebie gubił. Rabując świat, sam został obrabowany; zagarniając wszystko, wszystko tracił.

Taka była śmierć bohatera

- wielkiego człowieka, którym pragnąłem zostać. "Zaszedłem bardzo daleko, żeby znaleźć się w tej ślepej ulicy. Ale niepokój i bezsilność mego położenia były czymś, czemu bardzo szybko uległem. A ta moja klęska stała się okazją do mojego ocalenia".

Być może to, co mnie oburzało w świecie, to były moje własne ułomności, które rzutowały na niego.

Ocalenie przychodziło stopniowo: najpierw przez odkrycie wartości katolicyzmu (pomocna przy tym była lektura książki Duch filozofii średniowiecznej E. Gilsona), potem zrodziło się przekonanie o możliwości życia nadprzyrodzonego (pod wpływem lektury Cele i środki A. Huxleya) oraz głęboka potrzeba egzystowania w świecie przesyconym obecnością i rzeczywistością Boga (tu pomocną okazała się lektura Poezji, Ksiąg prorockich W. Blake'a). Tak doszedł Merton do faktycznego nawrócenia czyli uznania przez wiarę tej obecności. W dotychczas zarysowanym dramacie tożsamości, rozgrywanym na linii "ja - świat", pojawia się nowy wymiar, zupełnie zmieniający akcję - "Ty" Boga.

O swoim nawróceniu napisze Merton po latach: Sądzę, że jak większość innych konwertytów, stanąłem twarzą w twarz z problemem "religijności" i znalazłem modus vivendi. Bóg nie był dla mnie hipotezą roboczą, aby wypełnić luki pozostawione przez naukowy pogląd na świat. Nie był On także Bogiem siedzącym na tronie gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Nie odczuwałem też żadnej szczególnej "potrzeby" powierzchownej rutyny religijnej, która by podtrzymywała we mnie dobre samopoczucie. Powiedziałbym nawet, że - podobnie jak większość współczesnych - nie wzruszała mnie zbytnio koncepcja "dostania się do nieba" po przepchaniu się przez doczesny żywot. Wręcz odwrotnie, moje nawrócenie na katolicyzm zaczęło się z chwilą uświadomienia sobie obecności Boga w tym bieżącym życiu, tak w świecie jak i we mnie, oraz zrozumieniu, że zadaniem moim jako chrześcijanina jest żyć w pełnej świadomości tej postawy mojego bytu oraz bytu świata. Gesty i formy nabożeństwa są nam w tym pomocne, a Kościół ze swoją Liturgią i sakramentami przynosi arcyważny

instrument łaski

Cytowany tutaj tekst jest przykładem charakterystycznej dla Mertona praktyki. Otóż, niejednokrotnie w swoich pismach dokonuje on dalekosiężnych retrospekcji. Nowym, wyostrzonym spojrzeniem obejmuje dane fakty z przeszłości, sam próbując głębiej zrozumieć siebie. Tego rodzaju refleksje stanowią dla nas nieocenioną pomoc. W dużym stopniu sam Merton tłumaczy bowiem siebie.

Odkrycie Boga (Kogoś jeszcze!) w świecie i w sobie przenosi dramat tożsamości na zupełnie nową płaszczyznę. "Ja" obecne już nie tylko wobec świata, ale wobec świata i Boga, jest wezwane do pełnej tego świadomości. Kościół pomaga w pełni odpowiadać na to wezwanie udzielając sakramentalnej łaski. Odpowiedź Mertona jest jednoznaczna: 16 listopada 1938 roku przyjmuje chrzest w Kościele katolickim. Przechodzi przez bramę sakramentów.

Od chwili chrztu mija cały rok zanim pośród wielu swoich błahych i bezładnych pragnień odnajdzie to najważniejsze: żeby żyć jedynie dla Boga, żeby On stał się ośrodkiem wszystkich jego uczynków. Owo głębokie poruszenie woli, które inaczej nazwać można powołaniem, owocuje w końcu decyzją o wstąpieniu do trapistów. Decyzji tej towarzyszy bezwzględne oddzielanie klasztoru od świata, którego - przypomnijmy - plądrowaniem Merton czuł się zawiedziony. Klasztor w jego dramacie tożsamości pojawił się jako następstwo odkrycia obecności Boga. Dla młodego konwertyty klasztor jawił się jako miejsce, gdzie obecność ta była szczególnie intensywna; jako miejsce, dodajmy jednak, jakby poza światem.

 

Przestąpienie zakonnej bramy

było w pewnym sensie zamanifestowaniem radykalnie krytycznego stosunku do świata. Po powrocie z kilkudniowych rekolekcji, będących jego pierwszym kontaktem z opactwem Gethsemani napisze: Tu na zewnątrz, w tym świecie wszystko było błahe i trochę szalone. Znalazłem tylko jedno miejsce gdzie panował prawdziwy ład.

Niniejsze zdanie doskonale określa ówczesną postawę Mertona. Jego autobiografia, pisana właśnie wtedy w nowicjacie, mieści w sobie liczne skargi na świat. Sam autor kilka lat po wydaniu Siedmiopiętrowej góry zauważy, że to przesadne narzekanie może być jej słabością. Co więcej, że świat, na który na papierze się irytował, w wielu miejscach mógł być po prostu tworem jego wyobraźni. Doda przy tym nieco dalej: jednak wieloma rzeczami w świecie można być obrzydzonym.

Nie tworem wyobraźni, ale czymś zupełnie rzeczywistym była bowiem druga wojna światowa, ciążąca wówczas na życiu całego globu. Gdy Merton 10 grudnia 1941 roku przyjeżdża do klasztoru, mija zaledwie trzy dni od ataku Japończyków na Pearl Harbour, po którym Ameryka przystąpiła do wojny.

Cały świat, którego charakterystycznym wyrazem jest wojna, jest zły. Wobec czego powinien zostać [...] formalnie odrzucony z przekleństwem.

Tak wygląda fałszywe rozwiązanie. Takie właśnie rozwiązanie zdawał się jednak akceptować Merton w ostatnich miesiącach przed wstąpieniem do trapistów. Przypomnijmy, pisze wtedy Dziennik mojej ucieczki od nazistów, w którym między innymi wyraża swój sceptyczny stosunek do świata wciągniętego w wir wojny.

Przez napisanie tej na pół fantastycznej powieści Merton zaspokaja pewną wewnętrzną potrzebę psychologicznego wycofania się z matni, w jaką zapędzili się ludzie i mówi: Patrz! ja jestem inny.

1 2 3

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl