|
Szlakiem
siedmiopiętrowej góry
W listopadzie 1934 roku na dobre opuszczając Europę, razem ze starym kontynentem Merton pozostawi za sobą najczarniejsze miesiące swego życia. Zacznie dostrzegać pustkę, śmieszność, iluzoryczność i martwotę egzystencji, jaką wiódł. Tak dojdzie do przełomowego miejsca, w którym zrozumie, że droga, po której dotąd szedł nie prowadzi nigdzie. Egoistyczne "ja" domagające się wciąż nowych pożywek nie zostanie zaspokojone nigdy. Karmiąc je, w rzeczywistości siebie gubił. Rabując świat, sam został obrabowany; zagarniając wszystko, wszystko tracił. Taka była śmierć bohatera
Ocalenie przychodziło stopniowo: najpierw przez
odkrycie wartości katolicyzmu (pomocna przy tym była lektura książki Duch
filozofii średniowiecznej E. Gilsona), potem zrodziło się przekonanie
o możliwości życia nadprzyrodzonego (pod wpływem lektury Cele i środki
A. Huxleya) oraz głęboka potrzeba egzystowania w świecie przesyconym obecnością
i rzeczywistością Boga (tu pomocną okazała się lektura Poezji, Ksiąg prorockich
W. Blake'a). Tak doszedł Merton do faktycznego nawrócenia czyli uznania
przez wiarę tej obecności. W dotychczas zarysowanym dramacie tożsamości,
rozgrywanym na linii "ja - świat", pojawia się nowy wymiar,
zupełnie zmieniający akcję - "Ty" Boga. O swoim nawróceniu napisze Merton po latach: Sądzę,
że jak większość innych konwertytów, stanąłem twarzą w twarz z problemem
"religijności" i znalazłem modus vivendi. Bóg nie był dla mnie
hipotezą roboczą, aby wypełnić luki pozostawione przez naukowy pogląd
na świat. Nie był On także Bogiem siedzącym na tronie gdzieś w przestrzeni
kosmicznej. Nie odczuwałem też żadnej szczególnej "potrzeby"
powierzchownej rutyny religijnej, która by podtrzymywała we mnie dobre
samopoczucie. Powiedziałbym nawet, że - podobnie jak większość współczesnych
- nie wzruszała mnie zbytnio koncepcja "dostania się do nieba"
po przepchaniu się przez doczesny żywot. Wręcz odwrotnie, moje nawrócenie
na katolicyzm zaczęło się z chwilą uświadomienia sobie obecności Boga
w tym bieżącym życiu, tak w świecie jak i we mnie, oraz zrozumieniu, że
zadaniem moim jako chrześcijanina jest żyć w pełnej świadomości tej postawy
mojego bytu oraz bytu świata. Gesty i formy nabożeństwa są nam w tym pomocne,
a Kościół ze swoją Liturgią i sakramentami przynosi arcyważny Cytowany tutaj tekst jest przykładem charakterystycznej
dla Mertona praktyki. Otóż, niejednokrotnie w swoich pismach dokonuje
on dalekosiężnych retrospekcji. Nowym, wyostrzonym spojrzeniem obejmuje
dane fakty z przeszłości, sam próbując głębiej zrozumieć siebie. Tego
rodzaju refleksje stanowią dla nas nieocenioną pomoc. W dużym stopniu
sam Merton tłumaczy bowiem siebie. Od chwili chrztu mija cały rok zanim pośród wielu swoich błahych i bezładnych pragnień odnajdzie to najważniejsze: żeby żyć jedynie dla Boga, żeby On stał się ośrodkiem wszystkich jego uczynków. Owo głębokie poruszenie woli, które inaczej nazwać można powołaniem, owocuje w końcu decyzją o wstąpieniu do trapistów. Decyzji tej towarzyszy bezwzględne oddzielanie klasztoru od świata, którego - przypomnijmy - plądrowaniem Merton czuł się zawiedziony. Klasztor w jego dramacie tożsamości pojawił się jako następstwo odkrycia obecności Boga. Dla młodego konwertyty klasztor jawił się jako miejsce, gdzie obecność ta była szczególnie intensywna; jako miejsce, dodajmy jednak, jakby poza światem.
Przestąpienie zakonnej bramy Niniejsze zdanie doskonale określa ówczesną postawę
Mertona. Jego autobiografia, pisana właśnie wtedy w nowicjacie, mieści
w sobie liczne skargi na świat. Sam autor kilka lat po wydaniu Siedmiopiętrowej
góry zauważy, że to przesadne narzekanie może być jej słabością. Co więcej,
że świat, na który na papierze się irytował, w wielu miejscach mógł być
po prostu tworem jego wyobraźni. Doda przy tym nieco dalej: jednak wieloma
rzeczami w świecie można być obrzydzonym. Cały świat, którego charakterystycznym wyrazem jest
wojna, jest zły. Wobec czego powinien zostać [...] formalnie odrzucony
z przekleństwem.
|
|||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||