|
Jonasz
i wieloryb realizmu
Inną naukę, którą zafunduje mu rzeczywistość, paradoksalnie
pobierze Merton, sam prowadząc zajęcia dydaktyczne i sprawując opiekę
nad młodymi trapistami. Dnia 16 listopada 1949 roku zainauguruje orientacyjne
i wprowadzające w teologię wykłady dla nowicjuszy. Swoją nową funkcję
potraktuje bardzo odpowiedzialnie, co kosztować go będzie sporo wysiłku,
a nie zawsze przyniesie spodziewany owoc: Tak trudno jest coś przekazać.
Wygaduję rozum z siebie, a oni zdają się słuchać kogoś, kogo tam nie ma,
opowiadań, których nigdy im nie mówiłem. Otrzymali słowa, których wcale
W innym miejscu mówi także: Usiłuję uczyć nowicjuszy,
by pragnęli modlitwy mistycznej i życia mistycznego, gdy oni piszą do
mnie kartki: "Nic nie rozumiemy, ale to nie twoja wina. Jakie książki
trzeba przeczytać?".
W Znaku Jonasza znajdziemy jednak także relacje z bardzo udanych spotkań z nowicjuszami, a po kilku miesiącach prowadzenia tych zajęć wyciągnie Merton mimo wszystko bardzo zadowalające wnioski: Moje wykłady też mi bardzo pomagają. Więcej nauczyłem się teologii przez trzy miesiące nauczania niż przez cztery lata studiów. Ale mówienie pomaga też mojej modlitwie przynajmniej w tym sensie, że wtłacza tajemnice wiary głęboko w moją duszę. Ważne jest żyć wiarą przez jej wyznawanie, a najlepszym sposobem wyznawania jest głosić ją. Merton, dotąd bezwzględnie zapatrzony w ideał pustelniczy, zacznie więc dostrzegać, że kontakt z drugim człowiekiem wcale nie musi powodować duchowego regresu, wręcz przeciwnie, może mieć pozytywny wpływ na osobistą relację z Bogiem. (Aż dziwne, że musiało to być dla niego odkryciem!) To spostrzeżenie stanie się jeszcze wyraźniejsze, gdy od maja 1951 roku, jako opiekun i kierownik duchowy, zwiąże się z grupą młodych profesów - scholastyków. Zauważy, że wszystkie niełatwe i często nie mające jakiegokolwiek znaczenia doświadczenia, które przeżył w pierwszych latach pobytu w klasztorze, teraz w kontakcie z młodymi mnichami okazują się bardzo przydatne. Spotkania Mertona Wszystkie konstruowane przez Mertona teorie samotności zastąpi teraz doświadczenie spotkania z ludźmi, którzy tak jak on w życiu mniszym szukają Boga. Doświadczenie to okaże się najpiękniejszą pustelnią, znalezioną w miejscu, w którym najmniej można by się tego spodziewać: Ten rodzaj pracy, którego się kiedyś obawiałem, bo myślałem, że będzie kolidował z "samotnością", jest naprawdę jedyną prawdziwą ścieżką wiodącą do samotności. Trzeba już być w pewnym sensie pustelnikiem, żeby opieka nad duszami mogła wprowadzić dalej w pustynię. Ale skoro Bóg raz powołał cię do samotności, wszystko, czego się dotkniesz, prowadzi cię coraz głębiej w samotność. Wszystko, co cię spotka, tworzy z ciebie pustelnika, jak długo nie upierasz się robić pracy samemu i budować pustelni w swoim własnym guście. Cóż jest moją pustynią? Imię jej "współczucie". Żadna pustynia nie jest tak straszliwa, tak piękna, tak sucha i tak owocna, jak pustynia współczucia [...] Bóg jest przy mnie i siedzi na ruinach mego serca, opowiadając Ewangelię ubogim [...] bo wyrzekłem się duchowości, aby znaleźć Boga, i On to przemawia głośno w głębinach mego ubóstwa. To wyrzeczenie się "duchowości", aby znaleźć Boga, było bardzo ważną przemianą w poszukiwaniach Mertona. Wyrzekając się wszystkich własnych duchowych planów, idei, dążeń i aspiracji, uczyni istotny krok na drodze odnajdywania i wyzwalania własnej tożsamości. Ten niełatwy krok wymagał przyznania się do całych lat życia pobożnymi iluzjami fabrykowanymi przez własną pychę. "Człowiek musi się najpierw przerazić sobą, by móc potem wejść na właściwą drogę".
Przerazić się sobą, "Przerazić się sobą", a potem "wejść na właściwą drogę" - z wolna stawało się udziałem autora Siedmiopiętrowej góry. Fundamentalnym odkryciem, co już od lat przeczuwał, do czego się zbliżał i o czym dawały świadectwo jego notatki, było zrozumienie, że po tej nowej drodze nie może kroczyć sam. Że w swoim dramacie, kiedy przeżywa go z wiarą, odkrywa obecność Boga; co więcej - rozeznawanie tej obecności jest jedyną drogą prowadzącą do pełnego rozwiązania osobistego dramatu. Trzeba więc zrezygnować z egoistycznych, nawet najbardziej pobożnych, dążeń i przylgnąć do woli Bożej. Objawia się ona człowiekowi w języku faktów. W słuchaniu tej woli ćwiczył się Merton latami.
|
|||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||