|
Jonasz
i wieloryb realizmu
W październiku 1951 roku Dom James przydzieli o. Ludwikowi (przypomnijmy - zakonne imię Mertona) funkcję leśniczego, co pozwoli mu korzystać z zalesionego terenu należącego do opactwa i zagwarantuje większą samotność. Rok 1952
Nie dające spokoju pragnienie krańcowej samotności powróci w 1955 roku, ponownie zwracając nadzieje Mertona ku kartuzom. Opat konsekwentnie podtrzymując tezę, iż problem należy rozwiązać bez zmiany adresu, zaproponuje by urządzić pustelnię w nowo-wybudowanej wieży pożarniczej. Odległość dzieląca ten potencjalny erem od klasztoru była jednak zbyt duża, by poważnie myśleć o realizacji tego planu. Nie rozwiązana sprawa przeniesienia się słynnego trapisty
do innego zakonu trafia w końcu do Watykanu w postaci podania, które on
sam wystosował. Dom James interweniuje u kard. Montiniego (przyszłego
papieża Pawła VI), znającego Mertona z jego pism i darzącego go dużym
uznaniem. Autor Znaku Jonasza, pomimo kilkakrotnie ponawianych próśb,
nie otrzymuje z Rzymu żadnego poparcia ani błogosławieństwa Rozwiązanie przyjdzie inną, krótszą i pewniejszą drogą, poprzez rzeczywistość życia, jakie Merton wiódł. Ponownie odkryje, że w poszukiwaniu własnej tożsamości nie jest sam. Że jest Ktoś, kto w stosunku do jego życia ma określony plan i kto daje o sobie znać poprzez kolejne doświadczenia. Porzucenie własnych, nawet najdoskonalszych i najbardziej pobożnych koncepcji i proste przylgnięcie do woli Boga, przejawiającej się w konkretnych faktach, okaże się najlepszą drogą. Powracając do biblijnego obrazu proroka Jonasza, trzeba by powiedzieć, iż to, co Jonasz powinien zrobić, to po prostu dać się ponieść "wielorybowi". Życie chrześcijańskie - a szczególnie życie kontemplacyjne - jest ustawicznym odkrywaniem Chrystusa w nowych i nieprzewidzianych miejscach. A odkrycia te bywają czasem najkorzystniejsze, gdy znajdziesz Go w czymś, co zwykle przeoczałeś i czym nawet pogardzałeś. Odkrycia, na miarę tych najbardziej doniosłych, dokonał
Mer-ton w sierpniu 1948 roku. Było ono tym ważniejsze, bo dotyczyło sfery,
którą w Siedmiopiętrowej górze otwarcie oskarżył i jako złą odrzucił -
świata. Na miejsce swego życia wybierał wtedy klasztor jako opozycję w
stosunku do rzeczywistości ziemskiej. Teraz z tym odrzuconym światem miał
okazję ponownie się spotkać. Towarzyszył bowiem, jako tłumacz i sekretarz,
wikariuszowi generalnemu Dom Gabrielowi podczas jego pobytu 12 sierpnia
1948 roku w Louisville, miasteczku położonym
Tak pisze w dzienniku o tym spotkaniu z rzeczywistością spoza klasztoru: Cały czas myślałem sobie, jaka będzie moja reakcja na spotkanie się jeszcze raz twarzą w twarz ze złym światem. Zobaczyłem świat i przekonałem się, że mimo wszystko nie jest on taki zły. Być może to, co mnie oburzało w świecie, to były moje własne ułomności, które rzutowały na niego. Teraz przeciwnie, odkryłem, że wszystko wzbudza we mnie głębokie, nieme współczucie [...] Szedłem przez miasto uświadamiając sobie po raz pierwszy w życiu, jak dobrzy są wszyscy ludzie na świecie i jak wielką wartość przedstawiają w oczach Boga. Te istotne zdania są świadectwem początków prawdziwego
przełomu w życiu Mertona. Dotąd bowiem prowadził swoje sprawy tak, jak
gdyby był samotną wyspą. Teraz na horyzoncie jego poszukiwań pojawia się
pozytywny obraz świata, a w nim ludzi. Louisville (dla Mertona z czasem
będzie to swoisty symbol świata) zacznie nazywać swoim miastem i odczuwać
z nim związek. W Znaku Jonasza pod datą 12 listopada 1950 roku czytamy:
Nie ma powodu, dlaczego by mnich nie miał określonej postawy względem
miejsca, które w stosunku do jego klasztoru jest "miastem".
Nie sądzę, żeby być mnichem znaczyło I dalej: Tu muszę zrewidować wszystkie swoje plany i brać siebie takim, jakim jestem, Gethsemani, jakie jest i Amerykę taką, jaka jest. Poczynienie tych milowych kroków ku realizmowi
było bardzo ważne, niegdyś bowiem autor Siedmiopiętrowej góry dumny był
z tego, że przez dziesiątki lat nie posiadał żadnej narodowości i prymitywnie
uważał, iż wystarczy wyrzucić ziemski paszport, by stać się obywatelem
nieba. W tym świetle prawdziwie przełomowego wyrazu w życiowej drodze
Mertona nabiera fakt przyjęcia przez niego amerykańskiego obywatelstwa
w Louisville, 22 czerwca 1950 roku. Tym samym Merton oficjalnie jakby
przyznał się do tego świata.
|
|||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||