strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Jonasz i wieloryb realizmu

W październiku 1951 roku Dom James przydzieli o. Ludwikowi (przypomnijmy - zakonne imię Mertona) funkcję leśniczego, co pozwoli mu korzystać z zalesionego terenu należącego do opactwa i zagwarantuje większą samotność.

Rok 1952

przyniesie nowe nasilenie się pokusy. Tym razem przyjmie ona formę chęci odejścia do kamedułów. Merton zacznie nawet w tej sprawie korespondować z przełożonym generalnym Kongregacji Kamedułów, jednak opat stanowczo sprzeciwi się temu postępowaniu. Wciąż utrzymując, że pragnienie Mertona winno zostać sublimowane w warunkach Gethsemani, podsunie nowe rozwiązanie. Stara szopa na narzędzia postawiona na skraju pola zwanego w klasztorze "Skamieniałym lasem" stała się niepełnoetatowym eremem pustelniczego aspiranta. Merton codziennie na parę godzin dostawał ją w użytkowanie.

Przyszedłem do klasztoru, by znaleźć swoje miejsce w świecie, i jeżeli nie uda mi się znaleźć miejsca w świecie, czas w klasztorze będzie stracony.

Nie dające spokoju pragnienie krańcowej samotności powróci w 1955 roku, ponownie zwracając nadzieje Mertona ku kartuzom. Opat konsekwentnie podtrzymując tezę, iż problem należy rozwiązać bez zmiany adresu, zaproponuje by urządzić pustelnię w nowo-wybudowanej wieży pożarniczej. Odległość dzieląca ten potencjalny erem od klasztoru była jednak zbyt duża, by poważnie myśleć o realizacji tego planu.

Nie rozwiązana sprawa przeniesienia się słynnego trapisty do innego zakonu trafia w końcu do Watykanu w postaci podania, które on sam wystosował. Dom James interweniuje u kard. Montiniego (przyszłego papieża Pawła VI), znającego Mertona z jego pism i darzącego go dużym uznaniem. Autor Znaku Jonasza, pomimo kilkakrotnie ponawianych próśb, nie otrzymuje z Rzymu żadnego poparcia ani błogosławieństwa

dla swoich dążeń

Rozwiązanie przyjdzie inną, krótszą i pewniejszą drogą, poprzez rzeczywistość życia, jakie Merton wiódł. Ponownie odkryje, że w poszukiwaniu własnej tożsamości nie jest sam. Że jest Ktoś, kto w stosunku do jego życia ma określony plan i kto daje o sobie znać poprzez kolejne doświadczenia. Porzucenie własnych, nawet najdoskonalszych i najbardziej pobożnych koncepcji i proste przylgnięcie do woli Boga, przejawiającej się w konkretnych faktach, okaże się najlepszą drogą. Powracając do biblijnego obrazu proroka Jonasza, trzeba by powiedzieć, iż to, co Jonasz powinien zrobić, to po prostu dać się ponieść "wielorybowi".

Życie chrześcijańskie - a szczególnie życie kontemplacyjne - jest ustawicznym odkrywaniem Chrystusa w nowych i nieprzewidzianych miejscach. A odkrycia te bywają czasem najkorzystniejsze, gdy znajdziesz Go w czymś, co zwykle przeoczałeś i czym nawet pogardzałeś.

Odkrycia, na miarę tych najbardziej doniosłych, dokonał Mer-ton w sierpniu 1948 roku. Było ono tym ważniejsze, bo dotyczyło sfery, którą w Siedmiopiętrowej górze otwarcie oskarżył i jako złą odrzucił - świata. Na miejsce swego życia wybierał wtedy klasztor jako opozycję w stosunku do rzeczywistości ziemskiej. Teraz z tym odrzuconym światem miał okazję ponownie się spotkać. Towarzyszył bowiem, jako tłumacz i sekretarz, wikariuszowi generalnemu Dom Gabrielowi podczas jego pobytu 12 sierpnia 1948 roku w Louisville, miasteczku położonym

blisko Gethsemani.

fot. Andrzej Hutniczak
 
Szedłem przez miasto uświadamiając sobie po raz pierwszy w życiu, jak dobrzy są wszyscy ludzie na świecie i jak wielką wartość przedstawiają w oczach Boga.

Tak pisze w dzienniku o tym spotkaniu z rzeczywistością spoza klasztoru: Cały czas myślałem sobie, jaka będzie moja reakcja na spotkanie się jeszcze raz twarzą w twarz ze złym światem. Zobaczyłem świat i przekonałem się, że mimo wszystko nie jest on taki zły. Być może to, co mnie oburzało w świecie, to były moje własne ułomności, które rzutowały na niego. Teraz przeciwnie, odkryłem, że wszystko wzbudza we mnie głębokie, nieme współczucie [...] Szedłem przez miasto uświadamiając sobie po raz pierwszy w życiu, jak dobrzy są wszyscy ludzie na świecie i jak wielką wartość przedstawiają w oczach Boga.

Te istotne zdania są świadectwem początków prawdziwego przełomu w życiu Mertona. Dotąd bowiem prowadził swoje sprawy tak, jak gdyby był samotną wyspą. Teraz na horyzoncie jego poszukiwań pojawia się pozytywny obraz świata, a w nim ludzi. Louisville (dla Mertona z czasem będzie to swoisty symbol świata) zacznie nazywać swoim miastem i odczuwać z nim związek. W Znaku Jonasza pod datą 12 listopada 1950 roku czytamy: Nie ma powodu, dlaczego by mnich nie miał określonej postawy względem miejsca, które w stosunku do jego klasztoru jest "miastem". Nie sądzę, żeby być mnichem znaczyło

żyć na księżycu.


Kilka miesięcy później Merton dopowie: przyszedłem do klasztoru, by znaleźć swoje miejsce w świecie, i jeżeli nie uda mi się znaleźć miejsca w świecie, czas w klasztorze będzie stracony.

I dalej: Tu muszę zrewidować wszystkie swoje plany i brać siebie takim, jakim jestem, Gethsemani, jakie jest i Amerykę taką, jaka jest.

Poczynienie tych milowych kroków ku realizmowi było bardzo ważne, niegdyś bowiem autor Siedmiopiętrowej góry dumny był z tego, że przez dziesiątki lat nie posiadał żadnej narodowości i prymitywnie uważał, iż wystarczy wyrzucić ziemski paszport, by stać się obywatelem nieba. W tym świetle prawdziwie przełomowego wyrazu w życiowej drodze Mertona nabiera fakt przyjęcia przez niego amerykańskiego obywatelstwa w Louisville, 22 czerwca 1950 roku. Tym samym Merton oficjalnie jakby przyznał się do tego świata.

1 2 3 4 5 6 7

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl