|
Jonasz
i wieloryb realizmu
Znak Jonasza
W tekście tym zaczyna być już widoczna pewna intuicja,
która po długich latach doprowadzi Mertona do bardzo ważnych odkryć w
dziedzinie samopoznania - w swoim najgłębszym "ja" człowiek
wymyka się wszelkim definicjom. Jakakolwiek próba sprowadzania go do roli,
którą odgrywa w świecie, przypisywania mu znaczenia tylko w oparciu o
to, jaką formę życia prowadzi, zawsze będzie zewnętrzną, sztuczną i nie
dającą się obronić antropologiczną redukcją. Z drugiej strony, i tu przez
jakiś czas Merton będzie błądził, nie chodzi przecież o to, by całkowicie
rezygnować z określonej pozycji człowieka w świecie rzeczy. Chodzi raczej
o jej prawidłowe rozumienie, z uwzględnieniem pełnej prawdy o człowieku,
zarówno jego wymiaru immanentnego jak i transcendentnego. Pośród wielu zmagań jego tożsamość była wówczas przede wszystkim zagrożona pokusą angelizmu, zupełnego odwrócenia się od świata materii kamuflującego się pod postacią pobożnego pragnienia krańcowej samotności. Przykładem niech będą te zdania z Siedmiopiętrowej góry: już nie pragnę zobaczyć niczego, co zakładałoby jakąś odległość dzielącą mnie od Ciebie [...] ta przepaść, ta odległość zabijają mnie. To jest jedyna przyczyna, dla której pragnę samotności - dla zniknięcia z oczu rzeczom stworzonym, dla obumarcia dla nich i wiedzy o nich, bo one przypominają mi moje oddalenie od Ciebie. Chciałbym żyć samotny i poza nimi. Nadzieja na zaspokojenie tego pragnienia przez kilka lat będzie Mertona złudnie popychała ku duchowości kartuzów. Będzie to jedna z poważniejszych i bardzo konkretnych prób, którą miał przejść ucząc się żyć jako trapista. "Kwestia kartuska"
Wyznanie to nie było wówczas przejawem jakichś wewnętrznych roztargnień, myśl o przeniesieniu się do innego zakonu nie niepokoiła Thomasa w okresie jego nowicjatu. Problemem stała się dopiero po złożeniu zakonnej profesji. Merton zacznie poddawać się częstym marzeniom o kartuzach i przez długi czas, będąc pod presją tej pokusy, będzie wielkim utrapieniem dla swoich duchowych kierowników. Skarży się, ale cierpliwie czeka świadomy, że nie może podjąć żadnej decyzji, o ile nie otrzyma wskazówki, że jest to wola Boża, a takiej wskazówki nie otrzymuje. Napisze sam siebie uspokajając: Nie przyszedłem tu dla siebie ale dla Boga. Bóg jest moim zakonem i moją celą [...] Postawił mnie w tym miejscu, ponieważ chce mnie mieć w tym miejscu, a gdy kiedykolwiek zechce mnie umieścić gdzie indziej, uczyni to w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że to On działa. Umacniany radami przełożonych trwa więc Merton opierając się pokusie, która w ciągu roku 1948 pozornie ustępuje. Na polecenie opata, Dom James'a przed przyjęciem subdiakonatu (21 grudzień 1948 rok) oficjalnie oświadcza, że nie ma zamiaru przenieść się do kartuzów. Odpowiadając na tę obietnicę, opat będzie się starał rozwiązać kwestię inaczej, na miejscu. Pierwszym jego postanowieniem wychodzącym naprzeciw
pustelniczym potrzebom Mertona będzie przydzielenie mu w styczniu 1949
roku nowego miejsca do pracy.
|
|||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||