strona główna
Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Jonasz i wieloryb realizmu

Merton dobrze zdawał sobie sprawę jak paradoksalna była jego sytuacja: Jakże mnie męczy być pisarzem [...] Jakże konieczna jest dla mnichów praca w polu, w deszczu i w słońcu, w błocie, w glinie i na wietrze: to są nasi kierownicy duchowi i nasi mistrzowie nowicjatu. Czynią nas tak zrównoważonymi, jak okolica, w której żyjemy. Tego nie otrzymuje się od maszyny do pisania, która jednak w jego umyśle mogła jednocześnie mierzyć się z samym Bogiem: A teraz Pan Bóg Nieskończony musi współzawodniczyć w walce o władzę nad moim umysłem - z obrazem pięknej nowej maszyny do pisania, zaopatrzonej we francuskie znaki akcentowe.

Merton wiele godzin spędzi na modlitwie w tym starym budynku, siedząc przy małym, rozbitym oknie, wychodzącym na spokojną dolinę.

Pisanie nieubłaganie wyłuskiwać będzie przed Mertonem problem jego tożsamości i tym samym prowokować do coraz drastyczniejszych rozwiązań. Siedmiopiętrowa góra i kontynuujący ją dziennik należą do literatury bardzo osobistej i chyba dlatego ich autor miał możność bardzo szybkiego zrozumienia, że ludzkie "ja", żywe i ewoluujące, nie da się uchwycić w żadnym, nawet najbardziej intymnym zapisie: Wywewnętrznianie się jest bezużyteczne i gorzej jeszcze, bo ujawniając swoje rzekome odkrycia sprowadzam je do czegoś dotykalnego i pospolitego, gubiąc po drodze najważniejsze, to, co było w nich

duchem i życiem

Pod datą 13 czerwca 1951 roku znajdujemy w Znaku Jonasza znamienne słowa: Człowiek, który rozpoczął ten dziennik, umarł, tak samo jak nie żyje człowiek, który skończył Siedmiopiętrową górę - a co więcej, człowiek, który jest centralną postacią Siedmiopiętrowej góry, umarł już kilkakrotnie [...] W konsekwencji Siedmiopiętrowa góra jest dziełem człowieka, o którym nigdy nie słyszałem. A ten dziennik staje się tworem kogoś, komu nie miałem dyshonoru być przedstawiony.

Merton uświadamiał sobie, że istotę jego najgłębszego "ja" cechuje nieustająca nowość, która na fiasko skazuje wszelkie poszukiwania penetrujące jakąkolwiek, nawet najbliższą przeszłość.

Jednak nazwisko twórcy Siedmiopiętrowej góry w świadomości czytelników, a także samego autora, zaczęło żyć jako podmiot zupełnie samodzielny. Dla autora "podmiot" ten stał się prawdziwym rywalem w walce o własną tożsamość: Wlókł się za mną ten cień, ten sobowtór, ten pisarz, który wszedł za mną do klasztoru. I nadal idzie za mną. Ciąży mi czasem na ramionach jak potwór morski z baśni. Nie mogę się go pozbyć. Nadal nosi jeszcze nazwisko Thomasa Mertona. Czy to jest nazwisko wroga? Niby to już umarł. Ale stoi i spotyka mnie w bramie wszystkich moich modlitw i idzie za mną do kościoła [...] Nikt nie zdaje się rozumieć, że

jeden z nas musi umrzeć

Ostatecznym jednak rozwiązaniem powyższego problemu nie jest śmierć Mertona-pisarza czy Mertona-mnicha, ale połączenie tych dwóch form egzystencji w jedną. Zacznie to sobie autor Znaku Jonasza uświadamiać już w 1947 roku: O ile dawniej pragnąłem zarzucić pisanie, widzę teraz, że o wiele dla mnie lepiej będzie próbować pisać nadal w niezwykłych warunkach, jakie stwarza życie cystersów. Mogę zostać świętym pisząc dobre książki na chwałę Bożą, zapierając się siebie, osądzając siebie i umartwiając moją gorączkę druku. Pisarstwo to sprawa moralna, a maszyna do pisania [przypomnijmy: wcześniej jedna z głównych przeszkód w życiu duchowym] jest zasadniczym czynnikiem ascezy.

Powiedzmy wprost: problem nie leżał w samym pisarstwie - w jego fakcie, ale w sposobie jego realizowania.
Przed autorem Siedmiopiętrowej góry stało zadanie niełatwe. W sposób prawie desperacki będzie się musiał bronić przed niebezpieczeństwami, które niosła ze sobą jego kariera literacka. Uwikłany był w różne złudzenia i przywiązania - przykładem niech będzie choćby idea "mesjanizmu", którą potraktować należy jako chorobliwą przypadłość jego duchowego dojrzewania. We wrześniu 1949 roku tak rozmyśla on o swojej indywidualnej drodze do samotności: muszę stać się nie tylko mnichem, czym każdy mnich stać się musi, aby był świętym, ale muszę też przelać na papier to, czym się stałem [...] pozostać sobą i pisać o tym, przelewać siebie na papier z zupełną prostotą i uczciwością, niczego nie maskując [...] zagubić się zupełnie stając się własnością publiczną tak właśnie jak Jezus jest publiczną własnością.

W marcu 1951 roku w tym duchu napisze: Może zostałem powołany do tego, by ujawnić prawdę, że Ameryka, mimo całego swego zła, jest niewinna i w jakiś sposób nieświadomie święta.

fot. Sławomir Krajniewski
 
Jedyną zasadniczą rzeczą jest nie idea czy ideał - ale sam Bóg, którego nie można znaleźć mierząc teraźniejszości przyszłością, czy przeszłością, a tylko pogrążając się w teraźniejszości, jaką jest.

W końcu po latach

osiągnie Merton względną równowagę i uda mu się z zachowaniem odpowiedniej proporcji połączyć w swym powołaniu pracę pisarską i modlitwę. Odkryje, że jedno drugiemu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie - twórczość wymaga od niego ściślejszego związku z Bogiem, i sama jest doskonałym narzędziem modlitwy:

W tej chwili pisanie jest jedyną rzeczą umożliwiającą mi trochę prawdziwego milczenia i samotności. Uważam też, że mi pomaga w modlitwie, bo przerywając pracę odkrywam, że lusterko wewnątrz mnie jest zdumiewająco czyste, głębokie i jasne i Bóg w nim świeci.

Wszystkie więc niebezpieczeństwa tkwiły w nim samym. Wyzwalając się z nich, zacznie już bez egoistycznych zakusów troszczyć się o to, by pisać mniej i lepiej, w spokoju, wolności i radości, płynących z prostego przeświadczenia o pełnieniu woli Bożej.

Jeszcze trudniejszy, niż ten związany z działalnością literacką, problem w rozgrywanym przez Mertona dramacie tożsamości przyjdzie z innej strony. Przejawiając się w (przez lata legitymowanych jako słuszne) pobożnych pragnieniach i pięknych myślach o samotności, ukryciu, ubóstwie, zgubieniu siebie, dziewiczości ducha, stanie się głównym ciężarem spoczywającym na niedoświadczonych barkach jego zakonnej młodości. W dzienniku wyzna: Dla siebie mam tylko jedno pragnienie, to jest pragnienie samotności, ażeby zniknąć w Bogu, zatopić się w Jego pokoju, zagubić się w tajemnicy Jego oblicza.

1 2 3 4 5 6 7

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl