|
Jonasz
i wieloryb realizmu
Merton dobrze zdawał sobie sprawę jak paradoksalna była jego sytuacja: Jakże mnie męczy być pisarzem [...] Jakże konieczna jest dla mnichów praca w polu, w deszczu i w słońcu, w błocie, w glinie i na wietrze: to są nasi kierownicy duchowi i nasi mistrzowie nowicjatu. Czynią nas tak zrównoważonymi, jak okolica, w której żyjemy. Tego nie otrzymuje się od maszyny do pisania, która jednak w jego umyśle mogła jednocześnie mierzyć się z samym Bogiem: A teraz Pan Bóg Nieskończony musi współzawodniczyć w walce o władzę nad moim umysłem - z obrazem pięknej nowej maszyny do pisania, zaopatrzonej we francuskie znaki akcentowe.
Pisanie nieubłaganie wyłuskiwać będzie przed Mertonem
problem jego tożsamości i tym samym prowokować do coraz drastyczniejszych
rozwiązań. Siedmiopiętrowa góra i kontynuujący ją dziennik należą do literatury
bardzo osobistej i chyba dlatego ich autor miał możność bardzo szybkiego
zrozumienia, że ludzkie "ja", żywe i ewoluujące, nie da się
uchwycić w żadnym, nawet najbardziej intymnym zapisie: Wywewnętrznianie
się jest bezużyteczne i gorzej jeszcze, bo ujawniając swoje rzekome odkrycia
sprowadzam je do czegoś dotykalnego i pospolitego, gubiąc po drodze najważniejsze,
to, co było w nich Pod datą 13 czerwca 1951 roku znajdujemy w Znaku Jonasza znamienne słowa: Człowiek, który rozpoczął ten dziennik, umarł, tak samo jak nie żyje człowiek, który skończył Siedmiopiętrową górę - a co więcej, człowiek, który jest centralną postacią Siedmiopiętrowej góry, umarł już kilkakrotnie [...] W konsekwencji Siedmiopiętrowa góra jest dziełem człowieka, o którym nigdy nie słyszałem. A ten dziennik staje się tworem kogoś, komu nie miałem dyshonoru być przedstawiony. Merton uświadamiał sobie, że istotę jego najgłębszego "ja" cechuje nieustająca nowość, która na fiasko skazuje wszelkie poszukiwania penetrujące jakąkolwiek, nawet najbliższą przeszłość. Jednak nazwisko twórcy Siedmiopiętrowej góry w świadomości
czytelników, a także samego autora, zaczęło żyć jako podmiot zupełnie
samodzielny. Dla autora "podmiot" ten stał się prawdziwym rywalem
w walce o własną tożsamość: Wlókł się za mną ten cień, ten sobowtór, ten
pisarz, który wszedł za mną do klasztoru. I nadal idzie za mną. Ciąży
mi czasem na ramionach jak potwór morski z baśni. Nie mogę się go pozbyć.
Nadal nosi jeszcze nazwisko Thomasa Mertona. Czy to jest nazwisko wroga?
Niby to już umarł. Ale stoi i spotyka mnie w bramie wszystkich moich modlitw
i idzie za mną do kościoła [...] Nikt nie zdaje się rozumieć, że Ostatecznym jednak rozwiązaniem powyższego problemu nie jest śmierć Mertona-pisarza czy Mertona-mnicha, ale połączenie tych dwóch form egzystencji w jedną. Zacznie to sobie autor Znaku Jonasza uświadamiać już w 1947 roku: O ile dawniej pragnąłem zarzucić pisanie, widzę teraz, że o wiele dla mnie lepiej będzie próbować pisać nadal w niezwykłych warunkach, jakie stwarza życie cystersów. Mogę zostać świętym pisząc dobre książki na chwałę Bożą, zapierając się siebie, osądzając siebie i umartwiając moją gorączkę druku. Pisarstwo to sprawa moralna, a maszyna do pisania [przypomnijmy: wcześniej jedna z głównych przeszkód w życiu duchowym] jest zasadniczym czynnikiem ascezy. Powiedzmy wprost: problem nie leżał w samym pisarstwie
- w jego fakcie, ale w sposobie jego realizowania. W marcu 1951 roku w tym duchu napisze: Może zostałem powołany do tego, by ujawnić prawdę, że Ameryka, mimo całego swego zła, jest niewinna i w jakiś sposób nieświadomie święta.
W końcu po latach W tej chwili pisanie jest jedyną rzeczą umożliwiającą mi trochę prawdziwego milczenia i samotności. Uważam też, że mi pomaga w modlitwie, bo przerywając pracę odkrywam, że lusterko wewnątrz mnie jest zdumiewająco czyste, głębokie i jasne i Bóg w nim świeci. Wszystkie więc niebezpieczeństwa tkwiły w nim samym. Wyzwalając się z nich, zacznie już bez egoistycznych zakusów troszczyć się o to, by pisać mniej i lepiej, w spokoju, wolności i radości, płynących z prostego przeświadczenia o pełnieniu woli Bożej. Jeszcze trudniejszy, niż ten związany z działalnością
literacką, problem w rozgrywanym przez Mertona dramacie tożsamości przyjdzie
z innej strony. Przejawiając się w (przez lata legitymowanych jako słuszne)
pobożnych pragnieniach i pięknych myślach o samotności, ukryciu, ubóstwie,
zgubieniu siebie, dziewiczości ducha, stanie się głównym ciężarem spoczywającym
na niedoświadczonych barkach jego zakonnej młodości. W dzienniku wyzna:
Dla siebie mam tylko jedno pragnienie, to jest pragnienie samotności,
ażeby zniknąć w Bogu, zatopić się w Jego pokoju, zagubić się w tajemnicy
Jego oblicza.
|
|||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||