|
Jonasz i wieloryb realizmu
W następny okres życia Thomasa Mertona (1946-1955)
doskonale wprowadza nas on sam, opatrując tytułem "Znak Jonasza"
swój diariusz pochodzący z tego czasu. Biblijne opowiadanie o proroku
Jonaszu, który przez ucieczkę na kraniec świata chce uwolnić się od powierzonej
mu przez Pana misji i w końcu pod presją nadzwyczajnych wypadków spełnia
posłannictwo Boże, uznaje Merton za idealny obraz własnej sytuacji z lat
1946-1955. I dalej - zauważając, że życie każdego człowieka naznaczone
jest znakiem Jonasza, ponieważ wszyscy żyjemy mocą Chrystusa Zmartwychwstałego
- powie: Ale czuję, że moje życie szczególnie przypieczętował ten wielki
znak, który przez chrzest, śluby zakonne i święcenia kapłańskie został
wypalony aż do korzeni mojej istoty, bo tak jak Jonasz spostrzegłem, że
płynę ku memu przeznaczeniu Pozornie pierwsze lata spędzone przez Mertona w klasztorze w niczym nie odbiegały od realizowania się typowego zakonnego życia. Składa kolejne śluby, przyjmuje kolejne święcenia. Paradoks, o którym mowa, zaczyna być widoczny dopiero, gdy zwrócimy uwagę na wewnętrzne przeżycia autora Znaku Jonasza. Dramat, jaki w sobie rozgrywa - owo poszukiwanie własnej tożsamości - polegał na konfrontacji dwóch skierowanych przeciwnie woli. Wola Mertona zdeprymowana nieoczekiwaną i niekontrolowaną przemianą opactwa Gethsemani, wystawiona na ciężką próbę przez opublikowanie Siedmiopiętrowej góry, zwodzona przez najróżniejsze duchowe pragnienia, dezorientowana przez stawianie sobie abstrakcyjnych pytań (są one luksusem i męką każdej zakonnej młodości - wyzna później Merton), ślepo i uparcie dążyła do urzeczywistnienia idei samotności wykreowanej przez siebie. Przeciwny kierunek wskazywała z trudem rozeznawana przez
wiarę wola Boża. Konkretnie przejawiała się ona w ustaleniach monastycznej
reguły, w uświęconych tradycją kolejnych etapach formacji zakonnej i decyzjach
przełożonych bezpośrednio stanowiących o życiu Mertona. Prowadziła go
ona przez kolejne lata z nieodpartą mocą, w sposób, którego nie przewidywał
i z którym długo nie mógł się pogodzić, ani któremu nie był w stanie się
przeciwstawić. Stąd też łatwo mu przyszło nazwać siebie Jonaszem. Był
to Jonasz, którego połknął i jednak w końcu wybawił nieubłagany wieloryb
realizmu. Wyrzuca on Mertona z powrotem na brzeg świata, który usilnie
starał się opuścić, wpierw wycofując się do klasztoru, a potem pogrążając
w złudną ideę samotności.
Niniejszy cytat jest dobrym przykładem zapisu swego rodzaju "chwili jaśniejszego samozrozumienia". Na refleksje takie (wyjątkowo cenne) czasem natrafiamy w dziennikach Mertona, nie brakuje w jego zapiskach również fragmentów bardzo enigmatycznych i trudnych do rzeczowej analizy. Z obszernego materiału zamieszczonego w Znaku Jonasza da się wyodrębnić kilka podstawowych, coraz głębiej przenikanych i pełniej prezentowanych idei i doświadczeń, charakterystycznych dla wewnętrznego dramatu, który wówczas przeżywał. Pierwszym problemem Mertona była metamorfoza jaką przechodził
sam klasztor. Za jej przyczyną coraz bardziej odbiegał on od obrazu miejsca,
które niegdyś jako konwertyta poznał i w którym zdecydował się żyć. Ta,
wychwalana na kartach Siedmiopiętrowej góry i stawiana w opozycji do "szalonego
świata", oaza spokoju - przechodziła prawdziwą burzę. W prologu do
Znaku Jonasza czytamy: Fenomenu, który zaszedł w Gethsemani, nikt nie
przewidywał i nie poczyniono żadnych logicznych prób jego opanowania.
Najwidoczniej był nie do przewidzenia i nie do opanowania i nie ma w klasztorze
nikogo, kto by czasami nie myślał z niepokojem o wszystkich możliwych
jego skutkach.
|
|||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||