|
Amerykańscy
trapiści
 |
 |
| |
| Mnich nie opuszcza
świata, bo wspólnota zakonna jest częścią społeczności świata. |
|
Merton napisał, że mnich to ktoś, kto szuka Boga, bo
Bóg go odnalazł. Otrzymana łaska sprawia, że życie w zakonie odbiera się
jako doświadczenie radosne. Kiedy czujesz się kochany - mówią mnisi -
wzrasta zdrowe poczucie własnej wartości i wtedy zaczynasz kochać. A kochać
to znaczy dawać, nie czekając na odwzajemnienie. Dajesz, jak Bóg, bezinteresownie.
Mnich nie opuszcza świata, bo wspólnota zakonna jest częścią społeczności
świata. Zasadnicza różnica między życiem mnicha a życiem na świecie polega
jednak na tym, ze w zakonie kładzie się nacisk na to, by żyć uczciwie,
budować coś istotnego. Tymczasem na świecie panuje presja, żeby rywalizować,
wygrywać, gromadzić, zdobywać. Świetnie przedstawia to popularna w Stanach
naklejka na samochody "Wygrywa ten, kto na końcu ma najwięcej zabawek".
Mnich odwraca się od takiej filozofii, od skoncentrowania na sobie pogoni
za rzeczami. Nie chodzi tu o żaden masochizm, ale o to, żeby zdać sobie
sprawę, że nieustanna zachłanność nie prowadzi do szczęścia.
Świat posiada zupełnie inne priorytety
Mnisi bronią się przed modus operandi świata, widzą niebezpieczeństwo
w zachowaniach wybieranych na świecie jakby instynktownie. Znak krzyża
uczyniony w restauracji wzbudza powszechne zainteresowanie, natomiast
ci sami ludzie nie reagują na kogoś leżącego na chodniku.
 |
 |
| Nie ma w nas nic
nadzwyczajnego. Pogoda wpływa na nas, tak jak na ciebie. |
|
 |
Napięcie między światem a klasztorem manifestuje się
także w walce, jaką kandydat do stanu zakonnego musi stoczyć z otoczeniem,
które uważa, że chce on "zmarnować życie". W społeczeństwie
amerykańskim takie rozumowanie jest na porządku dziennym. Bywają też ludzie,
którzy są zdania, że podobna decyzja oznacza chęć pofolgowania własnemu
poczuciu niepewności poprzez ucieczkę od świata, sprzeniewierzenie się
obowiązkom, jakie wynikają z przynależności do społeczeństwa. W obliczu
podobnych opinii Merton ripostował, że mnisi nie powinni być zmuszani
do usprawiedliwiania decyzji co do swojej drogi życiowej, chociażby i
dlatego, że dzisiejszy świat nie jest skłonny zrozumieć ich odpowiedzi.
Merton stał także w obronie utrzymania - zniesionego
jednak w połowie lat 60. - rozróżnienia na ojców chórowych - kapłanów
oraz braci wykonujących zdecydowaną większość prac gospodarczych w klasztorze.
Wychodził z założenia, że oba typy są wobec siebie komplementarne i wynikają
z różnicy powołania.
Braci nie uważał za kategorię niższą, ale zdawał sobie sprawę z wewnętrznych
napięć i trafiał do niego argument, że reforma, polegająca na połączeniu
ich w jedną kategorię, może - na płaszczyźnie "ludzkiej" - wyeliminować
nieuprawnione wartościowanie. Znamienne, że w latach pięćdziesiątych bracia
stanowili większość (144 na 233) mnichów w "pękającym w szwach"
klasztorze Gethsemani.
W materialistycznej i areligijnej kulturze zachodniej
życie mnicha postrzegane jest jako bezproduktywne. Dla Amerykanów szczególnie
niezrozumiałe wydaje się także wyzbywanie się przez trapistów indywidualnej
tożsamości poprzez przybranie nowego imienia, zachowanie anonimowości,
nawet w przypadku twórczej pracy wychodzącej poza bramy klasztoru.
A pracy ma być tyle, żeby opactwo było wypłacalne
 |
 |
| |
| Opaci dzisiaj przyznają,
że produkcja "taśmowa" jest nużąca i nie skłania do kontemplacji. |
|
Zysku nie tylko się nie zakłada, lecz się go wyklucza,
jako sprzeczne z zasadą ubóstwa. Amerykańscy trapiści tradycyjnie parali
się zajęciami wynikającymi ze specyfiki regionu poprzez wykorzystanie
jego bogactw naturalnych. Dziś tylko parę nie zmieniło profilu pracy.
Należy tu opactwo w Kalifornii, które utrzymuje się ze sprzedaży orzechów
i śliwek. Klasztor w stanie Iowa zajmuje się uprawą kukurydzy, a trapiści
spod Rochester w stanie New York komercyjnym wypiekiem chleba.
W Massachusetts wyrabia się konfitury i szaty liturgiczne. W Oregon zajmowano
się meblarstwem oraz introligatorstwem. Dziś po zamknięciu warsztatu stolarskiego
produkuje się tam słodkie pieczywo na zamówienia pocztowe. W Południowej
Karolinie funkcjonowała ferma jajczarska, zanim nie podjęto również produkcji
koszulek z religijnymi napisami. W Utah rozwija się bartnictwo i wysyłkowa
sprzedaż miodu. Gethsemani w Kentucky trudniło się wypiekiem chleba oraz
wyrabiało cieszący się dobrą sławą ser. Ostatnio zaczęto tam zastanawiać
się nad produkcją fudge - wykwintnego łomu o smaku i konsystencji miękkiej
krówki czekoladowej. Wszędzie jednak mnisi muszą liczyć się z ograniczeniami
będącymi rezultatem postępującego spadku siły roboczej, która przez wieki
stanowiła główny czynnik klasztornych przedsięwzięć gospodarczych. Wśród
trapistów panuje też zgodność, ze przejście od farmerstwa do produkcji
masowej pozbawiło mnichów odbieranego jako ważny kontaktu z ziemiopłodami
i rękodziełami. Opaci dzisiaj przyznają, że produkcja "taśmowa"
jest nużąca i nie skłania do kontemplacji.
 |
 |
| Całe nasze życie
obraca się wokół Boga. Każdego dnia słyszymy jego imię. I tego
właśnie potrzebujemy". |
|
 |
Do większości opactw można przyjechać na rekolekcje.
W odróżnieniu od organizowanych w innych zakonach, rekolekcje u trapistów
nie posiadają programu, zakonnicy bowiem "udostępniają przybyszom
z zewnątrz swój model życia i zapraszają do uczestnictwa w nim".
"Nie ma w nas nic nadzwyczajnego. Pogoda wpływa na nas, tak jak na
ciebie. Możemy kląć na nią albo się nią cieszyć, tak samo jak ty. Dużo
mówi się o naszym milczeniu. Rolnik, który orze cały dzień, milczy więcej
niż my, ale on nie ma wspólnoty, jaką my mamy. Całe nasze życie obraca
się wokół Boga. Każdego dnia słyszymy jego imię i to wiele, wiele razy.
I tego właśnie potrzebujemy".
Począwszy od lat 90. niektóre amerykańskie opactwa trapistów
umożliwiają kilkutygodniowe pobyty w klasztorze ludziom z zewnątrz decydującym
się na czasowe pełne uczestnictwo w życiu wspólnoty. Stanowi to swoistą
formę "wychodzenia do świata". Niektórzy uważają, że klasztor
bardziej niż do mnichów należy do ludzi z zewnątrz, ponieważ oni właśnie
są bardziej potrzebujący. Amerykanie mają silne poczucie prywatności i
własności. Trzeba im przypominać, że Syn Boży nie miał gdzie złożyć głowy.
Mnisi mają służyć darem roztropności
Są poszukiwani dla rady, pomocy duchowej. Wiąże się z tym jednak pewne
niebezpieczeństwo. Mnisi przez wieki cierpieli, kiedy ludzie zmuszali
ich do tego, ażeby byli samarytanami dla duchowych hipochondryków. Wielu
z nich cechuje pewna rezerwa wobec otoczenia, które nierzadko nadmiernie
drenuje ich w końcu ograniczoną energię. "Jesteśmy tu, żeby skupić
się na Bogu". Trapiści żyją w ciągłym napięciu między samotnością
i solidarnością ze współbraćmi. Codzienną troską każdego mnicha jest wypracowywanie
równowagi między tymi dwoma biegunami, fundamentalnymi dla ich powołania.
Zmniejszająca się liczba mnichów nie powoduje wśród nich alarmu. Ludzie
ciągle zainteresowani są życiem kontemplacyjnym, często jednak nie wiążą
go z tradycyjnymi formami monastycznymi. Wielu "tradycjonalistów"
uważa, że spadek powołań wiąże się z "otwarciem" klasztorów
i faktem, że życie w nich stało się zbyt łatwe. W ostatecznym rachunku
nieważne jest jednak, jak ludzie zbliżają się do Boga, ale że ciągle do
tego dążą. Każdy człowiek - podkreślają - powołany jest do świętości i
życie mnicha, jakkolwiek staje się swoistym znakiem, sakramentem, świadectwem,
składa się z zajęć, doświadczeń - i wyrzeczeń - które wcale nie tracą
racji bytu poza murami klasztoru.
|
Joanna Petry Mroczkowska
Tekst pochodzi z miesięcznika "W drodze" 12/1998
|
|