|
Joanna Petry Mroczkowska Z otwartego na wieczorne wiadomości telewizora nagle
dobywa się czysty śpiew gregoriańskiego chóru męskich głosów. Zdziwiona
niecodziennością tego tła muzycznego odrywam się od aktualnego zajęcia
- na ekranie napis Wyrzeczenia... Czekam sekundę... są dla mnichów. Połyskliwe
wężyki geometrycznej konstrukcji coraz wyraźniej przybierają kształt łańcuszków
i układają się w starannie skomponowaną ofertę jakiejś firmy jubilerskiej.
"Kupujcie u nas złotą biżuterię. Świetne ceny". Kończy się reklama,
śpiew zamiera. Najdłużej pozostaje przesłanie ideologii naszych czasów,
jakże kuszące, przerażająco antychrześcijańskie. "Wyrzeczenia są
dla mnichów". Nigdy nie dla nas. My i mnisi. Dwa światy odległe,
nieprzystawalne. Czy rzeczywiście?
Dokładnie pięćdziesiąt lat temu w swojej autobiograficznej
książce Siedmiopiętrowa góra Thomas Merton - wydawałoby się całkowicie
odcięty od świata mnich klauzurowy w nikomu nieznanym zakątku Ameryki
- objawił Amerykanom fascynującą głębię życia duchowego. Przy okazji spowodował,
że ów zapoznany zaułek ziemi amerykańskiej - opactwo zakonu cysterskiego
surowej reguły, klasztor trapistów Gethsemani w stanie Kentucky, w równo
sto lat (znowu okrągła rocznica) po swoim założeniu uzyskał trwałe miejsce
na kulturowej mapie USA i świata. Na początku lat 90. w 12 amerykańskich klasztorach modliło się i pracowało około 500 mnichów (według danych z tego samego okresu na świecie było ich blisko 4 tysiące). Średnia wieku amerykańskiego trapisty wynosi 58,5 lat. Tylko niewielu wstępujących liczy sobie poniżej 30 lat. Większość to dojrzali mężczyźni po czterdziestce czy pięćdziesiątce. W związku z tym klasztory zniosły granicę wieku ustaloną wcześniej na 45 lat. Z drugiej strony badania wykazują, że statystycznie rzecz ujmując mnisi są zdrowsi niż reszta społeczeństwa i dłużej zachowują aktywność fizyczną.
Analogiczne zjawiska demograficzne dotyczą zakonu
żeńskiego Od czasów św. Benedykta nie zmieniła się istota monastycyzmu
- założenie, iż mnisi swoje życie muszą poświęcić Bogu. W praktyce kluczem
jest odosobnienie, wyrzeczenie sprzyjające wytworzeniu miejsca dla Boga,
który ma być ciągle w centrum uwagi. Dla trapistów szczególnego znaczenia
nabiera przestroga Jezusa o nieustannym czuwaniu. Nie liczy się przeszłość,
nie ma racji bytu zapobiegliwość o ziemską przyszłość. Swoistej wagi nabiera
chwila obecna. Od zarania dla cystersów (trapiści wyłonili się z tego
zakonu w XVIII wieku) najważniejsza była modlitwa. Za jej pomocą mnich
stara się osiągnąć swój główny cel - zbliżyć się do Boga, a klasztor ma
to ułatwiać. I tak każdego dnia, nieodmiennie trapiści odmawiają poszczególne
części oficjum, a także liturgię godzin, na którą składają się psalmy,
hymny i czytania. Jak sportowcy przed zawodami, dobierający dietę i okoliczności
treningu w zależności od indywidualnych warunków fizycznych, tak i oni
- po pierwszej fazie polegającej na samopoznaniu - muszą zorientować się,
jakie formy modlitwy i kontemplacji najskuteczniej przybliżają ich do
Boga. Różnica polega na tym, że o ile sportowiec ma na uwadze konkretny
występ, mnich przygotowuje się do wieczności. Życie mnicha - jakkolwiek
oparte na dyscyplinie - wymaga dużej dozy kreatywności. Wielkie dzieła
(wśród nich kontemplacja) nie są wynikiem jakiegoś przepisu, nie powstają
na taśmie produkcyjnej. Trapista wyzuwa się ze wszystkiego, co przemijające,
co zadowala, a równocześnie zniewala zmysły.
Najmniejszy akt samozaparcia buduje siłę woli. Kiedy wzmacnia się siła woli, nabiera się dystansu wobec rzeczy. Według samych trapistów najłatwiej w sumie pozbyć się tego, co wydaje się trudne z perspektywy "światowej": pościć, milczeć, wstawać o trzeciej w nocy (większym problemem niż skromne jedzenie i okrojone godziny snu jest dla mnichów świadomość, że model ich życia, zakonna rutyna nigdy nie ulegnie zmianie). Kiedy traci się kontrolę nad tym, co się je, co się ubiera, nad rodzajem wykonywanej pracy, możliwe staje się lepsze zrozumienie ubóstwa będącego brakiem kontroli nad czymkolwiek. Większość ludzi przekonuje się o tym dopiero w godzinie śmierci, kiedy tracąc wszystkie posiadłości człowiek dochodzi do wniosku, że owa kontrola była tylko złudzeniem. Wyzbycie się wszystkiego przeraża, ale zarazem potem pojawia się poczucie, że to kochający Bóg posiada władzę nad wszystkim. Mnich jest jak statek, który wyrzuciwszy za burtę niepotrzebne obciążenie może szybciej płynąć do portu. Ubóstwo ułatwia mu kontemplację, która jest niczym innym, jak modlitewną świadomością obecności Bożej. Pojawia się przedsmak wolności.
|
||||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||||