|
Z pokorą,
ale bez lęku
Dlaczego sektom tak łatwo przychodzi to, na co
Kościołowi tak trudno się zdobyć?
Socjologowie już dawno opisywali fenomen zakonów jako sekt, które zostały
ukościelnione. Każdy z wielkich zakonów to sekta wchłonięta przez Kościół.
Wielkość Kościoła katolickiego polega na tym, że stanowi wspólnotę, w której
współistnieją różne wspólnotki zwane zakonami czy duchowościami... Protestantyzm
nie umiał wypracować takiego mechanizmu, dlatego rozpadał się ciągle na
nowe sekty. Proboszczowie nieufni wobec członków nowych ruchów mówią o nich:
"sekciarze". W pewnym sensie mają rację, bo to jest nowa duchowość,
ale znalazła ona miejsce wewnątrz Kościoła. Duszpasterz powinien dbać o
to, aby ludzie odkrywali swoje miejsce w Kościele. Mogą wtedy wiele wnieść
do wspólnoty parafialnej.
 |
 |
| Powinniśmy
się oczyścić z chorobliwego poczucia bezpieczeństwa, z triumfalizmu,
który nam grozi, z pychy, która jest przeciwieństwem ducha służby
i szacunku dla każdego człowieka, z zarozumiałości... |
|
 |
Czy nie jest tak, że sekty działają nie w lukach
zostawionych przez Kościół, ale ściągają ludzi w przestrzeń niechrześcijańską,
której Kościół nie jest w stanie wchłonąć?
Czasem u podstaw sekty stoi fałszywa antropologia. Bezpieczeństwo,
które dają wróżby, wynika z przekonania, że istnieje los prowadzący ludzi
żelazną ręką. Za tym kryje się rezygnacja z wolności. Jeszcze raz wracamy
do alternatywy: wolność albo bezpieczeństwo. Wbrew temu, co się mówi o
Kościele - że to wielka totalitarna instytucja - będzie on do końca bronił
wolności i odpowiedzialności człowieka, akceptując brak wszystkich odpowiedzi
i pewną ciemność w człowieczym sercu. Sekty zapychają prawdziwe potrzeby
ludzi fałszywymi pożywkami, dając im złudne poczucie bezpieczeństwa. Zauważmy,
że dla ludzi odchodzących do sekt przestaje się liczyć prawda. Ktoś przychodzi
do sekty. Na stwierdzenie, że Jezus Chrystus jest prawdą, odpowiada: "Ja
tam znalazłem sens i rozwiązanie moich problemów". Ciekawe jest oddzielenie
sensu od prawdy. Sens, to znaczy zaspokojenie potrzeb: psychicznych czy
duchowych. Problem prawdy, tego, co jest rzeczywiste, schodzi na dalszy
plan, przestaje interesować, bo jestem skoncentrowany na rozstrzyganiu
własnych problemów i poszukiwaniu odpowiedzi na swoje przeżycia.
Czy proroctwa zapowiadające, że Kościół katolicki będzie tracił na
znaczeniu, są życzeniowym myśleniem osób mu niechętnych, czy też istnieją
podstawy, by snuć takie przypuszczenia?
Nie podejmuję się prorokowania. W końcu zaprzeszłego wieku przewidywano
kryzys cywilizacyjny w Paryżu, bo ilość końskiego nawozu miała być tak
wielka, że nie można byłoby się poruszać po ulicach. Potem wynaleziono
samochód i wszystko się zmieniło. Pierwszy okres mojego duszpasterzowania
był zmaganiem się z ateizmem. Wydawało się, że łącznie z marksizmem stanowią
największe wyzwanie dla Kościoła. Dziś to wszystko odeszło i mamy zupełnie
inne problemy. Tłumaczono, że komunizm zwycięży na całym świecie i że
religia jako opium ludu obumrze. W tej chwili też się głosi teorię obumarcia
religii. Słychać czasami wypowiedzi pod adresem ludzi religijnych: nikt
was nie będzie zwalczał, będziecie mieli wszystkie prawa obywatelskie,
ale umrzecie własną naturalną śmiercią i przyjdzie nowe. Jestem niesłychanie
ostrożny wobec przepowiedni, które polegają na rzutowaniu stanu obecnego
w przyszłość. Teraz następują przemiany, ale na ile dzisiejsze wezwania
będą aktualne za dziesięć lat? Na ile na przykład New Age jest faktem
medialnym? Na ile on rzeczywiście działa? Stawiam tezę, że jest on raczej
jednym z nurtów medialnych, który dobrze się sprzedaje. Tymczasem protestanci,
zwłaszcza amerykańscy, rozpoczęli krucjatę przeciwko New Age, bo on im
zagraża szczególnie na obrzeżach rozmaitych wolnych Kościołów. Kościół
katolicki jest dużo lepiej przygotowany do konfrontacji, bo posiada dobrze
rozbudowaną sferę liturgii i niezracjonalizowanej (jednak!) religii. Tymczasem
New Age jest odpowiedzią na zracjonalizowaną i zinstytucjonalizowaną religijność.
Patrząc w przyszłość, jestem raczej optymistą.
 |
|
 |
|