|
Nie
skończę tu, gdzie zacząłęm
Zawsze miałem pociąg do ludzi z marginesu. Nie dorabiałem sobie teorii, że oni są jakoś bliżej życia, prawdziwsi od nas. Po prostu współczułem im, głupio mi było, że mam co jeść i gdzie spać. Pomyślałem, że skoro zostawiamy przy wigilijnym stole jedno krzesło dla przybysza, to może by z tymi ludźmi bez domu chociaż tej nocy posiedzieć. To już było na granicy, chociażby ze względów estetycznych. Kim ty jesteś? -- mówię sobie. Człowiek jest jednak w środku bardzo cyniczny i zdolny do obśmiewania nawet swoich dobrych uczynków, zwłaszcza takich, które, chcąc nie chcąc, stają się uczynkami spektakularnymi, bo potem włącza się w to prasa, telewizja. Po takiej akcji człowiek musi się "wyspowiadać" przed kamerami. A jak się wyspowiadało, to na drugi raz dostanie figę z makiem, a nie pieniądze na żarcie. A "Dom na skraju"? Marzyło mi się, żeby stworzyć jakieś gniazdo dla dzieciaków, które niby swoje domy mają, ale są w nich bite, głodne, niekochane i zaniedbane. Dostaliśmy od władz miasta dom w dzielnicy rozpitej, rojącej się od prostytutek, w ciężkiej dzielnicy doków. Na początku pojawiły się zarzuty, że stwarzamy dzieciakom alternatywę wobec własnego domu. Posądzali nas nawet, że pod przykrywką tego domu pierzemy jakieś brudne pieniądze. Ale dom dzięki Bogu istnieje czwarty rok. Tak, potem atmosfera się trochę w dzielnicy oczyściła. Dom nie jest jeszcze wykończony, co chwilę coś się w nim rozwala i moi przyjaciele to naprawiają. Nie jest sztuką wszystko obłożyć kafelkami, spłukiwać szlauchem, bo wtedy to robi się obóz. Przekaż nam trochę ze swoich fascynacji trapistami. Dla trapistów najważniejsze jest oddawanie chwały Bogu. Mówią prosto, że coś jest albo czegoś nie ma; trzeba pójść tu, a tam iść nie trzeba, a kiedy zadaje im się pytanie, na które dominikanin odpowiedziałby esejem, oni -- jak zauważyłem -- wtedy się wycofują. Są niezwykle delikatni, ale nie wynika to ze słabości; oni po prostu mówią: "Popatrz na nas, a potem sam wybierz. Wierzymy, że skoro nas pytasz, jesteś już na dobrej drodze i sam dojdziesz do tego -- nie mamy prawa cię pouczać". U trapistów jest dużo pracy i dużo modlitwy, jest jakaś łagodność wobec stworzenia. Bardzo mi się też podoba u nich brak optymalizacji działań. Tak mi się przypomina ten wiersz Miłosza, że ogród człowieka powinien porastać pokrzywami w miarę. Dominikanie mają za cel wyrywanie pokrzyw i sadzenie czegoś dobrego, co przyniesie siłę. Kiedyś przyspieszyłem moją pracę w ogrodzie, obliczyłem sobie, że wezmę jeszcze kąpiel, a potem zabiorę się do lektury. A tu przyszedł przeor i powiada: "Michale, nie tak szybko, przerwij i popatrz sobie trochę". Znajdujemy się tam na ziemi jałowej, z której człowiek nic nie może wycisnąć. Ale to, co człowiekowi przemawia najbardziej do serca, to postawa dziękczynienia, jaką widziałem u trapistów. Brodski przed swoją śmiercią napisał taki wiersz, w którym ostatni wers brzmi: "Z ust moich nigdy nie zejdzie dziękczynienie". To jest postawa, która najbardziej zbliża do Boga. Jak ona się wyraża na zewnątrz? Chociażby w takiej skupionej uwadze przy spotkaniu z drugim człowiekiem. Mnich ma świadomość, że ta chwila już się w jego życiu nie powtórzy. Że jest darem to spotkanie. A w naszych kontaktach bywa, że zanim drugi otworzy usta, już jest podejrzany i zakwalifikowany. Uśmiecha się do nas, a my myślimy: chyba podłożył mi świnię albo czegoś chce.
Czy ucieczka przed optymalizacją działań była powodem, że porzuciłeś starania o wyjazd do trapistów amerykańskich? Chyba tak. Wydawało mi się, że tam wejdę w jakąś straszliwą produkcję. Nie wiem, czy to były uzasadnione lęki, ale w Afryce na pewno mi to nie grozi. Afryka daje coś innego. Daje solidarność z najuboższymi, bo tam nie można być bogatym, nie można gromadzić dóbr, żeby nie drażnić biednych. Żyjemy tam zawsze na granicy, nie wiedząc, czy znajdą się pieniądze na prąd. W końcu zawsze te pieniądze się jakoś znajdują. Ludzie, którzy myślą o zakonie kontemplacyjnym, że jest to jakiś raj na ziemi, a przynajmniej jakiś tam spokój od problemów życia, zawiedliby się. Na tej ziemi jałowej człowiek wraca jakoś do swojego okresu dzieciństwa. Nie infantylnieje, tylko prostuje swoje relacje ze światem. Zachowujesz się bardzo prosto. Jak mi leci z nosa, to nie myślę: "Chryste Panie, zauważą", albo nie boję się przysnąć na prelekcji, bo tak nie wypada. Tam jest ten savoir-vivre bardzo prosty. Sytuacja duchowa nie zmusza do starania się, by być kimś, nie ma tam pobożnych min ani gestów. Nie ma tam tego rozziewu na to, co liturgiczne, i na to, co w życiu, tak jak niekiedy w polskim kościele. Przy ołtarzu mina arcykapłana, a już w zakrystu poluźniamy koloratkę i... Opowiedz nam o marokańskiej wspólnocie. Najbardziej barwną, choć milczącą postacią jest ojciec Jan Chrzciciel człowiek, który założył tę wspólnotę. Mówiono mu, że trapista w środku miasta to jest w ogóle pomieszanie z poplątaniem, ale kolejne wizytacje potwierdzają, że renoma tego klasztoru przechodzi Morze Śródziemne. Francuzi bardzo chętnie przyjeżdżają tam na rekolekcje zamknięte. Jan Chrzciciel ma trochę ponad metr pięćdziesiąt i promieniuje dobrocią. Prawie się nie odzywa, ale kiedy wchodzi do jakiegoś pomieszczenia, wypełnia je natychmiast jakimś niesamowitym ciepłem. On nic nie mówi, a wszyscy mówią o nim. Jest jeszcze trzech ojców: Andrzej to człowiek, który miał dziadka Polaka, który opuścił Rosję przed Rewolucją. Brat Bnzno i Gui.
Przy całym szacunku do tego, co kiedyś tu robiłem, jest to dla mnie głęboka przeszłość. Po moim chwilowym powrocie do Polski nie umiem się tu odnaleźć. Trzeba to wszystko odczytywać w kategoriach powołania: "Wstań i idź" -- choć pewnie, że serce nieraz krwawi. Właśnie ten moment powołania - coś wzywa, ciągnie, i człowiek wyrusza jak Abraham z Ur, ale jest chyba w każdym z nas ten bogaty młodzieniec, który ma majętności wiele. Czy masz poczucie, że musisz czegoś się wyrzec? Na pewno kontaktu z przyjaciółmi. To bardzo boli. Jakby tego nie interpretować. Resztę da się zostawić. Natomiast to, że pewnych ludzi nie będę widział, czy może wręcz nigdy nie zobaczę, to jest dla mnie najcięższe w tym wszystkim. Czy przyjaciele próbowali cię odciągnąć od wyjazdu? Nie, zachowywali się bardzo dyskretnie. Co było dla mnie jakimś znakiem, bo gdybym to wszystko sobie umyślił, to pewnie by powiedzieli, że to jest złe. Moi przyjaciele potrafią być twardzi. Ochrzanić też potrafią. Czy to twoje nowe powołanie, nowe miejsce zmieniło twoje patrzenie na polski Kościół? Z rozmów z moimi kolegami księżmi wynika, że w każdej wspólnocie mamy do czynienia z głęboką erozją władzy. Władzy, która zabija osobowość, nie służy, za to jest śmiertelnie poważna wobec ludzi, którym ma służyć. Musi ona być sprawowana tak, żeby nie wyzwalała w ludziach agresji, ma być podana mądrze, z miłością, po ludzku. Drugą rzeczą to jest choroba na użyteczność. Niektórzy powiedzą, że mówię tak, bo zasmakowałem w luksusie tamtejszej wspólnoty, która żyje w muzułmańskim kraju i nie musi troszczyć się chociażby o to, jak pogodzić biznes z chrześcijaństwem. Nie, nie jest to luksus. Ta wspólnota cierpi fizycznie, ale również poddana jest dużym psychicznym ciśnieniom. Tam ludzie zadają sobie pytanie, jaki jest sens bycia razem, bez apostolstwa, bez możliwości emisji tego wszystkiego, co się przeżywa. Jeżeli człowiek jest zamknięty, ma doświadczenie Boga, to naturalną rzeczą jest chęć podzielenia się tym doświadczeniem.
Tak, a tam nie. Żeby pokazać Bogu, że jest pierwszy i że cały się dla niego poświęcasz, poświęcasz mu również swoje talenty. A więc za mało jest w polskim Kościele tej "nieużyteczności". Często posługujemy się w pracy statystyką: zasiałem, podlewałem, nawoziłem, mam taki a taki plon. Tylko w tym wszystkim nie ma miejsca na działanie Boga, a wśród księży jest duży zawód, że to nie wyszło tak, jak byśmy chcieli. My nie doceniamy nowości sytuacji - wolnego rynku duchowego. W tej chwili nie wystarczy głosić, do prawdy trzeba zachęcić, ludziom należy wytłumaczyć, dlaczego to jest dobre, dlaczego tak mają postępować. Wytłumaczyć bez irytacji, bez oburzania się, gdy nie zostaje się przyjętym. Wydaje się, że nie posiadamy również odpowiednich narzędzi intelektualnych do rozmowy z ludźmi, którzy czują się odpowiedzialni za Polskę, a nie są katolikami. Ostatnia rzecz, o której chciałbym powiedzieć, to potrzeba głębszego partnerstwa. W Kościele afrykańśkim biskup zdobywa szacunek inaczej niż przez głoszenie ex catedra. Nie ma swojego dworu, jest jednym z tych, wśród których żyje; jest to oczywiście spowodowane sytuacją zewnętrzną, ale tamtejsi duchowni poczuli, że aby trafić do ludzi, potrzeba dużej pokory i ubóstwa. Nawet nie wielkiej mądrości, tylko czasem zewnętrznego, fizycznego znaku, który zachęca, przybliża. Zawsze wydawałeś mi się człowiekiem mocno osadzonym w "Polsce tarnobrzeskiej". Była w tobie jakaś fascynacja starymi babinami, dziadami o peerelowskich rodowodach, fascynacja prowincją. Odnajduję to choćby w twoich opowiadaniach. Przenosząc się do Afryki, pozbawiasz się pewnej specyficznej pożywki. Nie, nie wyrzuciłem moich fascynacji za burtę, choćby w tym klasztorze w Fezie. Są tam zwykli ludzie, nie jakieś tam wielkie indywidualności. Przy tamtych osobach dominikanie to prawdziwie intelektualna arystokracja. Paradoksalnie wracam więc do świata ludzi prostych. To przechylenie głowy, żeby zobaczyć prostych, przeciętnych, ale jakże pięknych ludzi w człowieku, pozostaje. Kiedy wróciłem, to nie denerwuje mnie nawet disco-polo. Innych denerwuje, a mnie nie. Dlatego, że wiem, że taka jest potrzeba tych ludzi. Nie ma sensu mówić, że oni są bez gustu. Tacy byli, będą. Mądrością jest spojrzeć na to zjawisko z miłością.
Czy swoich marzeń i powołania nie mogłeś zrealizować w Polsce? Nie. Znałem już doświadczenie innych. Radykalizm przemiany wymaga pewnych gestów fizycznych. Trzeba pokazać, że Pan Bóg jest najważniejszy. Jeśli człowiek pozostawi sobie furtki, zabezpieczenie na czarną godzinę, to nic z tego nie wyjdzie. Dlatego musiałem wyjechać. Powołanie do bycia w takim klasztorze to jest powołanie także do konkretnego miejsca. Pewnie, że chciałbym, aby takie klasztory były w Polsce... Po twoim przyjeździe do Polski porwano twoich algierskich współbraci. Jakie są teraz ich losy? Jest to kolejne doświadczenie, że to wszystko nie ma być łatwe. Przyjechałem po wizę algierską. Według pierwotnego planu to już bym siedział w klasztorze, w górach Atlasu. To opactwo, gdzie miałem rozpocząć nowicjat, zostało całkowicie rozbite, nie ma tam do czego wracać. Został porwany opat, mistrz nowicjatu i mój przeor z Maroka, który przyjechał do Algierii wybierać opata. Nie wiem, jak potoczą się moje dalsze losy..
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||