Thomas Merton

Mistrz Eckhart

Duchowość

Szukającym drogi

Księga gości

Linki polecane





Z ojcem Michałem Zioło OP rozmawiają Jan Grzegorczyk i Paweł Kozacki OP
Nie skończę tu, gdzie zacząłem


o. Michał Zioło: Konferencja dla braci dominikanów. Warszawa-Służew 2004.

Michale, do dominikanów wstępowałeś w '80 roku. Piętnaście lat w zakonie, z czego połowa to posługa kapłańska. Co z tych lat uważasz za najistotniejsze? Czego się nauczyłeś, co zyskałeś?

Kapłaństwo pozwoliło mi odgrzebać tę życiową prawdę, której długo nie potrafiłem nazwać -- że najważniejsze jest współczucie. Jest taki esej Jacka Salija o duchowości dominikańskiej -- jest to dla mnie tekst "kultowy". Jest tam napisane, że na początku u dominikanów było współczucie. Studia, św. Tomasz, głoszenie słowa Bożego, są to sprawy -- nie powiem, że pochodne czy późniejsze -- ale podstawowa jest reakcja współczucia człowiekowi. I myślę, że to dominikanie nazwali jakoś we mnie, że największą biedą człowieka jest jego odejście od prawdy.

Drugą rzeczą, jaką zawdzięczam zakonowi, to poczucie własnej wolności. Mimo że zostałem jakoś uformowany i zmieniony, to wydaje mi się, że jestem nadal tym człowiekiem, jakim byłem i nikogo nie muszę udawać. Moja tożsamość została zachowana. Wielką rolę odegrał w tym wszystkim ojciec Aleksander Hauke-Ligowski, mój magister z Krakowa. On ocalił nas dla nas samych.

Dominikanom zawdzięczam też normalny język, nie skażony kościelną nowomową. Inteligent czy młody człowiek, który przychodzi do dominikanów, generalnie wie, co się do niego mówi.

Nasunąłeś mi przed chwilą słowa Thomasa Mertona, jednego chyba z twoich mistrzów duchowych. Pisząc o samotności, tym błogosławionym stanie, otwierającym na Boga, nazywa ją "pustynią współczucia".

Merton pozwala mi nazywać tę rzeczywistość, którą dostrzegam i przeżywam, ale nie jest moim wzorem. Przytłacza mnie swoją rozległością zainteresowań, swoim niepokojem. Natomiast fascynuje mnie to, co zapisał. Żywię dla niego dużą estymę, taką, jaką żywi się dla poety, któremu udało się uchwycić jakiś fragmencik rzeczywistości.

fot. Andrzej Hutniczak
 
Zawsze miałem pociąg do ludzi z marginesu. Nie dorabiałem sobie teorii, że oni są jakoś bliżej życia, prawdziwsi od nas. Po prostu współczułem im, głupio mi było, że mam co jeść i gdzie spać.

Czy możesz podać jakiś przykład Mertonowego nazwania świata, który cię zafascynował?

Dla mnie wręcz szokowym przeżyciem było przeczytanie fragmentu z książki Szukanie Boga, który znam na pamięć: "Chrystus w Tobie, to nie jest to, co bezskutecznie chcesz uwielbiać, ale właśnie to, co w tobie jest najgorsze. I Chrystus prosi, abyś przebaczył temu najgorszemu w tobie, bo zarazem przebaczasz Jemu, który wisi rozpięty w tobie na krzyżu człowieczeństwa". Dla mnie to był szok wewnętrzny, duchowy; od tego zaczęło się wiele.

A czy Merton mial wpływ na twoje marzenia, na twoją decyzję o przejściu do trapistów?

Myślę, że tak. Dzięki niemu dowiedziałem się, że trapiści istnieją. Zgrabnie byłoby teraz zagrać, że ja jestem w swojej decyzji zupełnie autonomiczy, niezależny, nikomu niczego nie zawdzięczam; że to się tak zrodziło przez wlanie łaski. Byłaby to oczywiście głupota.

Kiedyś mówiłeś mi, że to było olśnienie...

Tak. Pod jabłonką mi się to zrodziło. Wyjdę trochę na nawiedzonego, ale trudno... Szedłem sobie kiedyś na rozmyślaniu w ogrodzie krakowskim i zaświeciło mi w mózgu, że ja chyba nie skończę tu, gdzie zacząłem. I poszedłem zaraz do spowiedzi do ojca Joachima Badeniego. Powiedział mi, że to jest normalne, że człowieka takie myśli nachodzą i że to nie jest nic innego jak wezwanie do głębszego życia modlitewnego. Kazał mi porzucić wszystkie rzeczy związane z literaturą i poezją jako omam, a zająć się św. Tomaszem. A ja powiedziałem sobie w duchu, że jeśli to jest z Pana Boga, to się na pewno ostanie.

Przypomnij może, jak w ogóle trafiłeś do zakonu.


Urodziłem się i mieszkałem w Tarnobrzegu, naprzeciw kościoła dominikanów. Nie znałem innych księży. Ksiądz, który był ubrany na czarno, to było jakieś dziwowisko. Będąc dzieckiem, trzymając siostrę za rękę, wychodziłem po mszy św. z kościoła i nagle, w połowie nawy, usłyszałem głos, że mam zostać księdzem. To żyło we mnie długi czas, przez całą podstawówkę i liceum. Tak więc po skończeniu liceum spakowałem się, zobaczyłem na mapie Poznania, gdzie może być ten klasztor, i pojechałem.

fot. Dariusz Miszkiel
Zakon to jest taką organizacja, która wie, do czego dąży...

I jak odebrałeś klasztor w Poznaniu?

To był dla mnie świat niezwykle papierowy. Poczułem się, jakbym się znalazł w szpitalu. Jakieś wypolerowane korytarze, sale, które nie przypominały tarnobrzeskiego klasztoru. U nas na prowincji klasztor pachniał kapuchą, kartoflanką, kocimi odchodami, kadzidłem. Tu wszedłem w jakiś sterylny świat, w salę operacyjną, gdzie są wybijane wszystkie bakterie.

Spojrzałeś krytycznie na tę rzeczywistość?

Nie, myślenie krytyczne zaczęło budzić się w człowieku dopiero pod koniec nowicjatu. Przyjmowaliśmy wszystko z prostą wiarą, że tak musi być. Nawet jeśli były jakieś osoby myślące krytycznie, to ten krytycyzm był przez nie powściągany.

Wyczytaliśmy zasadę, że zakon to jest taka organizacja, która wie, do czego dąży, i wie, co z człowieka wycisnąć, więc trzeba się temu poddać, bo wtedy jest szansa na rozwój osobowości. Nawet najgłupsze decyzje, jak np. noszenie marmurowych płyt z jednego kąta w drugi i z powrotem, przyjmowało się z wiarą, że jest to niezwykłe poświęcenie, czemuś to służy, hartuje ducha, wybija egoizm itd.

Co mógłbyś powiedzieć o formacji, o studentacie w Krakowie?

Ta formacja dała mi poznać przez konkretnych ludzi, że wolność jest tylko pewną płaszczyzną, pewną przestrzenią, gdzie toczy się gra o miłość. To znaczy, że w pewnych wypadkach trzeba wolność poświęcić. A to mi przychodziło straszliwie trudno. Trzeba być posłusznym. Powiedziałbym, że było to dla mnie najgorsze i najpiękniejsze zarazem.

Muszę też jednak wyznać, że Kraków nie przygotował mnie absolutnie do życia wśród ludzi. To są inne światy. W zakonie kładzie się nacisk na to, co wewnętrzne, a to może również prowadzić do swego rodzaju pychy, do mniemania, że jest się w gruncie rzeczy w porządku wobec Pana Boga. Ma się tam jakieś małe niewierności, ale da się je szybko naprawić. Poza tym wyrabiało się w człowieku przekonanie, iż zdobywa takie doświadczenie religijne, że jak się wyjdzie do ludzi, to oni nic innego robić nie będą, tylko nas słuchać. Niektórzy z tego przekonania nie potrafią się wyzwolić przez lata.

fot. Andrzej Hutniczak
Dla trapistów najważniejsze jest oddawanie chwały Bogu. Mówią prosto, że coś jest albo czegoś nie ma; trzeba pójść tu, a tam iść nie trzeba, a kiedy zadaje im się pytanie, na które dominikanin odpowiedziałby esejem, oni - jak zauważyłem - wtedy się wycofują.

Co spowodowało, że ostatecznie opuszczasz dominikanów dla trapistów?

Kiedy byłem na trzymiesięcznym stażu u trapistów, to analizowałem sobie to dominikańskie powołanie bez poczucia, że zdradzam. Po tej skrupulatnej analizie wyszło mi, że na dzisiejsze czasy formacja dominikańska jest najlepsza -- najlepsza poprzez demokratyzm, przez w gruncie rzeczy niezłą formację intelektualną, przez zostawienie bardzo dużej wolności indywidualnej. Dominikanin może być każdym -- bratem Albertem, matką Teresą...

Natomiast przeraża mnie niekiedy dominikańskie poczucie misji. Udowadniamy sobie swoją egzystencję poprzez to, że jesteśmy bardzo użyteczni; w mediach, gazetach, artykułach, sesjach. I to jest momentami ucieczka przed samym sobą, przed tym, żeby zastanowić się nad sobą, nad Panem Bogiem...

Czyli jest tu raczej "tradere" niż "contemplata"?


Trudno mi sądzić, ale czasami contemplata wygląda w ten sposób, że przed kazaniem kartkuje się kilka książek, potem się to skleja i idzie do ludu.

To chyba jeszcze nie najgorszy wariant?

Bywają przypadki, że ktoś jest przekonany, że przez niego przemawia Bóg, więc może spokojnie na każdy temat rozprawiać.

Wracając jeszcze do twojej biografii. Wspominałeś nowicjat, mówiłeś o Krakowie. Powiedz coś o swoim doświadczeniu kapłaństwa.

Zaraz po święceniach terminowałem w "W drodze". Pozwoliło mi trochę zmienić mniemanie, o którym przed chwilą wspomniałem. Wydawnictwo to była jakaś odskocznia od tego, co się działo w klasztorze. Tam byli normalni ludzie. Z problemami, rodzinami. Przynosili do redakcyjnych pokojów cały swój świat. Nie chcę powiedzieć, że w klasztorze żyli ludzie nienormalni. Ale miałem poczucie, że tematy, które we wspólnocie poruszamy, są tematami zastępczymi.

Jednak dopiero w Gdańsku po raz pierwszy byłem za coś od początku do końca odpowiedzialny. Na początku nie było lekko. Młodzież zaakceptowała mnie nie od razu. Ktoś nierozsądny rozpuścił plotkę, że ja tam będę tylko rok, bo staram się o przeniesienie do trapistów. A nikt nie chce inwestować w tymczasowość.

 
Podczas promocji książki: "Liście, listki, listy", w klasztorze oo. Dominikanów. Warszawa-Służew 2004.

I co? Porzuciłeś na jakiś czas myśli o trapistach?

Stwierdziłem, że jeśli spotkanie z tymi ludźmi ma być szczere, to nie mogę się trzymać jedną ręką świata, o którym marzyłem, a drugą ogarniać sytuacji, w której tkwiłem. Powiedziałem sobie, że Pan Bóg będzie miał swój czas, w którym mi pokaże, że to jest właśnie ten moment wyjścia, a na razie trzeba wziąć to, co jest do wzięcia.

I udało ci się stworzyć wspaniałe duszpasterstwo, tzw. "Górkę".

Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Pomyślałem, że aby to duszpasterstwo zaczęło funkcjonować, musi się ono stać rodzajem jakiegoś domu. To nie może być okazjonalne przychodzenie i siedzenie w wyblakłych salach przy świecy. Trzeba zrobić dom, gdzie ludzie by jedli, spali, spotykali się. Można było wypić lampkę wina, wypić piwo. Jak ktoś palił, to mógł na korytarzu zapalić. Przecież to byli w końcu dorośli ludzie. Nie chciałem przegięć w żadną stronę. Nie chciałem tworzyć ani krucjaty trzeźwości, ani też hipisowskiej komuny. Taka atmosfera domu niesie w sobie także wiele niebezpieczeństw, następuje szybsze dojrzewanie. Jeśli ludzie przebywają z sobą 24 godziny na dobę, to na dłuższą metę trzeba mieć bardzo dużo pomysłów i cały czas podgrzewać ten ogień pracy i wspólnej drogi. Łatwiej jest pokazywać się jako guru, rzucić jakiś apoftegmat, prawdę, wycofać się. Być atrakcyjnym przez dystans.

Udało się tobie zachować tę równowagę?

Uratowało nas jedno. Wspólne stawianie sobie wymogów poprzez konkretną pracę i modlitwę. To były środki naszej higieny, inaczej towarzystwo by się rozlazło i utonęło w fotelach. Nikogo oczywiście do modlitwy nie przymuszałem, kto nie chciał się modlić, nie czuł się odsuwany czy gorszy. Ale potem nawet wytworzył się taki klimat, że dobrze jest być na Eucharystii, adoracji, modlitwie (nawet przez snobizm). Do Pana Boga ściąga się ludzi na różny sposób. A potem Pan Bóg oczyszcza te motywacje. Pozornie mało mówiłem o Panu Bogu, za to dużo o kulturze, literaturze, poezji. I to tych ludzi nie płoszyło.

Zacząłeś też pracować wśród marginesu.

Eucharystię, ofiarę trzeba przetworzyć na konkretne działanie, na bycie "w świecie". Myślę, że jak się człowiek modli szczerze -- a mam nadzieję, że tak było -- to widzi wokół siebie coraz więcej spraw, widzi swoją bezradność, że nie może tej całej biedy zaleczyć. Moim zdaniem, te gesty w stronę ludzi z marginesu to było tylko pokazanie, że pewne problemy istnieją, i że mamy na tyle sił, żeby się z nimi zmierzyć, że warto przynajmniej zwrócić na nie uwagę władz miasta. Tak też zaczęła się praca z upośledzonymi. Nie polegało to na jakiejś wielkiej terapu, dorabianiu filozofii, tylko na przyjęciu tych dzieci takimi, jakimi są -- jako dzieci chorych. Nie można rodzicom od razu mówić, że przyjęcie takiego dziecka to wielka szansa, i że te dzieci mogą wiele nauczyć; bo jak się powie coś takiego rodzicowi, to on ma wiele argumentów ze swego doświadczenia całkiem przeciwnych. Szedłem do rodziców, wydaje mi się, że z prawdą. Bo taki muminek może i w twarz uderzyć, i opluć, i kopnąć. To nie są anioły.

Ktoś mi poradził, że moje kazania muszę adresować tylko do rodziców, bo dzieci i tak niewiele rozumieją. I tak robiłem przez dwa miesiące. Potem zacząłem jednak tworzyć specjalną katechezę dla dzieci; były to bajki, przedstawienia teatralne, Dzieci się powoli wciągnęły i rodzice zobaczyli, że skoro ksiądz poświęca tym maluchom całą mszę, to one są dla niego cenne. . .

Słyszałem, że sprowadzałeś do kościoła zwierzęta...

O tak. Kucyka, małpę, owce, najróżniejsze ptaki. Mieliśmy bardzo dobre kontakty z ZOO... Jak bajka była o ogniu, to paliłem w kościele ognisko, jak o praniu, to włączałem pralkę i sypałem proszek. Raz nawet udało nam się opowiedzieć o stworzeniu świata. W prezbiterium stanął ogromny basen na trzysta litrów, pływały w nim prawdziwe ryby, wokół wody skakały króliki, świergotały ptaki. Potem po wodzie pływał model żaglowca -- niby taka Arka Noego, a na pokładzie to całe pełzająco-skaczące bractwo. I jak w Biblii zwierzęta zostały uratowane, chociaż były momenty krytyczne.

 
1 2

 

 

KONTAKT: Krzysztof Pałys OP | www.palys.interq.pl | e-mail: palys@interq.pl